niedziela, 25 maja 2014

Lemoniada z dystrybutora

Hej!

Jak minął Wam weekend? Mi jak zwykle za szybko. Jednak pocieszam się, że ten tydzień roboczy będzie króciutki, bo w Niemczech przyszły czwartek to dzień wolny od pracy (Wniebowstąpienie oraz Dzień Ojca). Piątek urlop na dokładkę i mamy długi weekend!


Rok temu, na początku mojej pinterestowej namiętności, zobaczyłam na zdjęciu szklany dystrybutor do napojów. Idealny i piękny zarazem. Przejrzałam internet w poszukiwaniu, ale nie znalazłam nic ciekawego za przyzwoita kwotę. Z pomocą przyszedł przypadek: Znalazłam się w sklepie, typu mydło i powidło (innovation strauss), gdzie rzadko bywam, bo nie mam po drodze. No i znalazłam mój wymarzony water dispenser! Pojemność chyba 4,5l. Oczywiście od razu został wywieziony na działkę. Do optymalnego użytku brakuje jeszcze stojaka, ale mam plan. Teraz trzeba Męża przekonać, że to sprawa nie cierpiąca zwłoki ;)


Wczoraj z Małą Mi zrobiłyśmy orzeźwiającą lemoniadę:

Pomarańcze, cytryna, kilka listków melisy, kilka truskawek - dla dekoracji.To wszystko zalane gazowaną wodą i niewielką ilością ginger ale (to bezalkoholowy gazowany napój imbirowy), dla lepszego smaku.




Pyszne było, idealne na upalną sobotę. :)

Kochani, życzę Wam dobrego startu w nowy tydzień!

Pozdrawiam
Moni

środa, 21 maja 2014

Trasa turystyczna po centrum Berlina, czyli... nowa droga do pracy

Witam!

Wspomniałam ostatnio, że w związku z pozytywnymi zmianami w pracy, musiałam zmienić siedzibę. W zasadzie nie jest to jakieś szczególne wydarzenie, wręcz przeciwnie jest nieszczególne, ponieważ musiałam opuścić znane mi ścieżki i zacząć poniekąd od nowa. Ta zmiana ma jednak dwa poważne plusy: 1) Mam w końcu pracę na stałe, a to również w Niemczech dawno przestało być oczywiste. 2) Mam totalnie odjechaną drogę do pracy! I ja właśnie o tym dzisiaj do Was... :)

Od jakiegoś czasu śmigam sobie do pracy rowerem. Zima w tym roku była łagodna, a na dodatkowe godziny na siłowni nie mam czasu. Połączyłam więc pożyteczne z pożytecznym (tak, tak z przyjemnością przy 9 km w jedną stronę i pod górkę bywa różnie!). Droga do poprzedniego miejsca pracy była gładka, można było szybko i sprawnie się poruszać, ale prowadziła praktycznie przez tereny przemysłowe i była mało spektakularna, by nie powiedzieć, że nudna.

TERAZ jest inaczej. Mam bliżej, co nie znaczy że jestem na miejscu szybciej. Muszę bowiem przejechać przez centrum. Kochani, mijam teraz miejsca, gdzie "normalny" mieszkaniec Berlina nie bywa, spotkać tam można jedynie turystów! :) Poza tym, jak się przekonałam, to rzekome centrum to jedna wielka budowa i muszę objeżdżać wielkim kołem. Niemniej przy letnich temperaturach jakie nastały, droga do pracy lub bardziej z pracy stała się wielką przyjemnością! Zanim mi to wszystko znormalnieje i przestanę się tym cieszyć i dziwić, zrobiłam kilka zdjęć. Zapraszam Was na wycieczkę po Berlin-Mitte. Ale wiecie, że ze mną rzadko jest standartowo: wycieczka prowadzi "bokami" :)

Zaczynamy na Axel-Springer-Strasse i jedziemy w kierunku centrum.


Mijamy niepozorną uliczkę blisko Ministerstwa do Spraw Zagranicznych oraz te domeczki, tzw. Townhouses. Swego czasu tego typu dom był moim marzeniem, ale chyba do śmierci nie zdążę na taki zarobić, więc mi przeszło. Idea jest taka, że na niewielkiej powierzchni, która w mieście jest cenna, buduje się dom jednorodzinny wielokondygnacyjny. Ciekawe rozwiązanie, coś dla sportowców (schody!).


Jedziemy dalej i natrafiamy na wspomnianą budowę, która mocno psuje mi szyki, a raczej trasę.


Już kawałeczek dalej rzeka Szprewa (Spree). Po jednej stronie widok na Nikolaiviertel:


Po drugiej na katedrę oraz... budowę. Budowa nowego lotniska stała się farsą, miasto nadal boryka się z poważnymi długami, a tu proszę: w centrum miasta odbudowywany jest zamek (Berliner Schloss). Hm, mam mieszane uczucia wobec tego projektu, bo wydaje mi się zbędny. No ale "niech im będzie". W tym miejscu stała przedtem duma NRD, czyli Palast der Republik. Zburzony z powodu azbestu oraz ogólnej brzydoty. ;)


Poniżej wejście do Nikolaiviertel. Dodam, że zdjęcia do tego momentu to zaledwie odległość ok. 2 kilometrów. To niesamowite, jaka panuje tutaj mieszanka architektoniczna. Śmiem twierdzić, że jest to niespotykane, co nie znaczy, że w tych okolicach jest wyjątkowo ładnie - przeciwnie. Dzięki wpływom nadwornych architektów z czasów dawnych (czyt. komunistycznych), panuje tutaj niezła rozpierducha, że pozwolę sobie nazwać to nader kolokwialnie.


Mijamy bokami najpierw Alexanderplatz oraz z drugiej strony Hackescher Markt i jesteśmy przy Instytucie Cervantesa.


Teraz jedziemy pod górkę, bo nazwa dzielnicy Prenzlauer Berg, gdzie mieszkam, nie jest przypadkowa. Zaczyna się inna okolica, stare kamiennice, knajpy i knajpeczki. Tylko turystów niezmiennie dużo.



Kto zauważył konia? (Drugie zdjęcie od dołu)

Tym sposobem dojechaliśmy prawie do celu. Takie oto okolice mijam teraz dwa razy dziennie. Cieszę się, bo lubię ten miejski zgiełk i mam go teraz w nadmiarze.

Następnym razem będzie (chyba) o farbie i lodówce, bo się w końcu realizuje projekcik. Pozatym wnętrzarsko cisza. Mam wprawdzie nowe poduchy w salonie, ale nie mam czasu ich wyprasować i nie wiem kiedy będą gotowe do pokazania.

To tyle, do następnego, oby wkrótce!

Serdeczności,
Moni

niedziela, 11 maja 2014

Leniwa niedziela

Cześć Kochani!

Pogoda bardzo nieogrodowa, leniuchujemy sobie więc w domu, odpoczywając po wczorajszej imprezie urodzinowej jednego z Przyjaciół.

Druga niedziela maja to w Niemczech Dzień Matki. Okazja aby przyrządzić szybkie tartinki z budyniem, truskawkami i galaretką. Uwielbiam takie lekkie, typowo letnie podwieczorki!





Mała Mi miała z tej okazji w zanadrzu obrazek oraz kwiaty (tutaj z pomocą przyszedł Tata). Nie ukrywam, że były to miłe chwile. Czar prysnął, kiedy musiałam ją po obiedzie zagonić do zadań domowych :(



Szczęści mi się ostatnio z bukietami. Nastały u mnie pozytywne zmiany w pracy, związane (niestety) ze zmianą miejsca. W piątek na pożegnanie od obecnej szefowej otrzymałam taki oto bukiet:


Prawda, że piękny?


Na koniec chcę Wam jeszcze pokazać te oto zdjęcia:



To Suzi vel Suzanna vel Zuza. Szczurki są już u nas od lutego, oswoiły się z nami i otoczeniem całkowicie. Były już nawet "na wczasach" :) Są przesympatyczne, mądre i zabawne, mamy z nimi wiele frajdy. Fajnie obserwować, jakie różne mają charaktery. Jedna ciekawska i odważna, druga raczej ostrożna, czuje się najlepiej na naszym ramieniu. Oczywiście są straty w pluszakach, bo zrobiły sobie alternatywne legowisko w zabawkach Małej Mi :)

To tyle wieści. Powoli czas na jakiś post wnętrzarski... :)

Pozdrawiam ciepło, dziękuję za Wasze komentarze i do następnego!
Moni

poniedziałek, 5 maja 2014

Pocztówka z podróży - Bali, Indonezja cz.2

Witam Was serdecznie!

(Zainteresowanych na część pierwszą zapraszam tutaj.)

Dzieci w tradycyjnych balijskich stojach w jednej ze świątyń

Podczas naszego trzytygodniowego pobytu na Bali w 2005 roku zwiedziliśmy zachodnią, północną oraz południową część. Centralne Bali to górzyste tereny, które obejrzeliśmy jedynie przejazdem.
Z Pemuteran udaliśmy się w dalszą drogę wzdłuż północnego wybrzeża do miejscowości o nazwie Lovina. To ciąg wiosek, gdzie przebywa wielu turystów, a handlarze dość ofensywnie próbują sprzedawać swoje wyroby.

Wszędzie bożki oraz dary dla nich

Tutaj naszymi głównymi atrakcjami były 1) hotelowy basen, a jakże. 2) Wycieczka na skuterach w głąb wyspy do ciepłych siarczanych źródeł. Mogliśmy przy okazji obejrzeć jak wygląda Bali bez turystów i turystycznej infrastruktury.

gorące siarczane źródła

3) Zostaliśmy uprowadzeni - to tylko brzmi tak poważnie, ale po kolei:
Chcieliśmy spróbować homara, każda restauracja oferowała takie dania na zamówienie. O umówionej porze odebrał nas Pan, który zaczął nam wciskać jakieś banialuki, że to nie tu i mamy wsiąść do samochodu, on nas zawiezie na miejsce. Miny nam zrzedły, ale nie udało nam się wywinąć i faktycznie pojechaliśmy z gościem. Dziś straszna naiwność przebija z tego, co napisałam i sama się dziwię, że pojechaliśmy.
Zostaliśmy wysadzeni przy ulicy, przy jakimś baraku, nasze zaniepokojenie zamieniło się w złość. Ale chyba głodni byliśmy, bo zdecydowaliśmy się wejść do środka. Nie będę przedłużać: zjedliśmy pyszny obiad. Homar jak homar, dużo odpadów ;) całość dość groteskowa, okropne miejsce i pyszne jedzenie. Historia Pana była taka, że próbuje ponownie rozkręcić swój biznes. Splajtował po tym, jak na skutek ataków bombowych przestali przyjeżdżać turyści. W reatauracji, gdzie pierwotnie zamówiliśmy homara jest tylko zatrudniony. Jaka była prawda nie wiem, ale kupił nas tą historyjką :)

Wszechobecna swastyka na początku raziła



Czym zamożniejsi ludzie, tym więcej bożków oraz ornamentów

Miejscowością, którą trzeba koniecznie odwiedzić na Bali jest Ubud. Leży ona w górach i skupia wielu lokalnych artystów. Warto tutaj zadbać o hotel z basenem, bo Ubud nie leży nad morzem. My zwiedzaliśmy okolicę skuterami oraz piechotą, odpoczywaliśmy przy basenie i dobrym jedzeniu. Wiele restauracji proponuje gotowe zestawy, co się opłaca i ułatwia wybór. Jest naprawdę wiele galerii i stoisk z bardzo zróżnicowanymi obrazami, każdy znajdzie coś dla siebie. Transport obrazu do domu jest prosty, ponieważ dostaje się rulon, a ramkę dorabia już w domu. :)

Ubud - Monkey Forrest (uwaga na rzeczy!)

Tutaj najbardziej przypadł mi do gustu salon kosmetyczny Verona Spa. Byliśmy przez te kilka dni stałymi klientami. Taki zabieg np.: kąpiel w kwiatach popijając słodką czarną herbatę z imbirem i zajadając świeżymi owocami, potem masaż balijski. To wszystko z widokiem na pola ryżowe, bo budynek, zamiast ściany zewnęrznej miał jedynie osłonę z roślin - bajka!

Tarasy ryżowe

Kolejnym miejscem było niewielkie miasto portowe Padangbai. Największym zaskoczeniem dla nas był właściciel centrum dla nurków - Słowak, mówiący zresztą świetnie po polsku oraz... piasek. Ziarenka były wielkości gorczycy! W sumie Padangbai był koniecznym przystankiem przed przeprawą promem na wyspę Lombok. Na Lombok przejechaliśmy jedynie z jednego portu do innego, ale i tak zdążyliśmy zauważyć, że panuje całkiem inna atmosfera, powiedziałabym mniej urlopowa i luzacka. Naszym celem była mała wysepka Gili Trawangan, bez ulic, samochodów, którą można było obejść plażą w ok. godzinę.

Ta łajba dowiozła nas na Trawangan
Gili Trawangan - lokalny transport
Gili Trawangan - dary morza

W drodze powrotnej ponownie zatrzymaliśmy się w Ubud, głównie z powodu wspomnianego salonu Verona Spa :) Ostatnią noc spędziliśmy w Kuta, która jest najbliżej lotniska. Pijąc pożegnalne piwo pierwszy raz usłyszeliśmy syreny. Jak się później okazało, jechały do miejsca, gdzie tego wieczoru wybuchła bomba. Nas to całkowicie ominęło, czego nie wiedziały nasze rodziny wystraszone wiadomościami w TV. Było trochę nerwów, ale udało nam się z nimi skontaktować.

Do domu lecieliśmy przez Dżakartę, którą w przerwie między lotami udało nam się odrobinę zwiedzić. Jednak po relaksującym pobycie na Bali Dżakarta szybko nas zmęczyła swoim smogiem i hałasem. Poza wejściem na jakąś wieżę niewiele pamiętam. 

Trochę się rozpisałam, ale musi na jakiś czas wystarczyć. ;) Jak pewnie zauważyliście, nie za często udaje mi się coś skrobnąć. Ostatnio wnętrzarsko mniej dzieje się w domu, więcej energii wkładamy w prace ogródkowe, więc pewnie z tego frontu częściej teraz będę relacjonować.

Trzymajcie się, do następnego!
Moni


Sprawa postawiona jasno!