niedziela, 30 marca 2014

Pocztówka z podróży - Bali, Indonezja

Witajcie moi Drodzy!

update: część druga tutaj.

Pierwotnie wpis ten miał być antidotum na zimową szarówę:)  Jednak trochę mnie ta wiosna zaskoczyła ;) - za oknem świeci słońce, a powrotu zimy nie musimy się już raczej obawiać.

Dary niesione do jednej z wielu świątyń

Trzytygodniowy wyjazd na wyspę Bali we wrześniu 2005 roku był pod każdym względem niezwykły.  Był to prezent ślubny naszych gości weselnych, podróż poślubna, pierwszy nasz pobyt w Azji. Nietypowo, jak na podróż poślubną, podróżowaliśmy z bliską nam parą, która zresztą zainicjowała ten wyjazd. Do dziś z wielkim sentymentem wspominam i chętnie oglądam zdjęcia. Marzę, aby kiedyś jeszcze tam wrócić i przekonać się, że to nie tylko czar wspomnień, że faktycznie jest tam tak cudnie, jak mam w pamięci. Dzisiaj chciałabym powspominać z Wami, jeśli tylko macie na to ochotę.

Światynia Tanah Lot - osiągalna pieszo tylko przy odpływie

Dla tych z Was, którzy czytali wcześniejsze relacje z podróży, nie będzie niespodzianką, że korzystaliśmy z przewodnika Lonely Planet. Jako że ruszaliśmy dwa dni po ślubie, przed wyjazdem nie mieliśmy czasu na planowanie. Ale w trakcie podróży, która w sumie trwała 24 h (przez Frankfurt, Bankok i Dżkartę) mieliśmy wystarczająco dużo czasu, aby dowiedzieć się z przewodnika co i jak oraz rozplanować te trzy tygodnie. Pojechaliśmy "w ciemno", co okazało się dobrą decyzją. Widzieliśmy co bierzemy (chodzi głównie o nocleg) i mieliśmy możliwość potargować się o ceny, pozatym mogliśmy dynamicznie zmieniać plany.

Pierwszy postój to Kuta oraz typowo balijski hotelik, obowiązkowo z basenem, ale bez klimatyzacji, za to cena pokoju to ok. 12 Euro/50 zł z pysznym śniadaniem. Przywitała nas rewelacyjna pogoda: prażyło słońce, temperatura w dzień ok. 35, a w nocy ok. 25 stopni Celsjusza, dość niska wilgotność - warunki porównywalne z naszym gorącym latem (niestety zazwyczaj za krótkim). 

Basen hotelowy

Ludzie na Bali żyją głównie z turystyki, infrastruktura jest dobrze rozwinięta i z każdym można dogadać się po angielsku. Niestety z tego powodu nasza nauka tubylczego języka skończyła się na dziękuję - terima kasih. Podróżowanie po wyspie (na własną rękę) jest bardzo łatwe. Właściwie jedyną decyzję, którą trzeba było co jakiś czas podjąć to: gdzie jemy następny posilek. :) Smarowanie chleba nie jest w tamtejszym stylu, jedliśmy więc po dwa obiady, a jedzenie sprawiało nam wielką frajdę! Posiłki proste (ryż, drób, warzywa), ale dobrze przyprawione i lekkostrawne. Nie muszę dodawać, że z naszej perspektywy śmiesznie tanie (3 Euro/12 zł za przystawkę, główne i deser!). Tak przynajmnie było w lokalnych jadalniach, w których się stołowaliśmy. Będąc głównie na wybrzeżu, jedliśmy też dużo ryb i innych owoców morza.

Kuta

Przemieszczanie się jest niezwykle proste, wynajmuje się samochód z kierowcą - idealne dla czteroosobowej ekipy. Ta forma ma same plusy: miejscowy zna okolice, więc może coś polecić, a przystanek jest na życzenie. Odległości są raczej małe, wyspa ma mniej więcej 250 km długości i tyle samo szerokości. Najdłuższy odcinek, jaki w kawałku pokonaliśmy, miał ok 130 km. To trasa z Kuty do Permuteran, na północy. Jeździ się lewą stroną i dość wolno, bo drogi są wąskie, a samochodów i skuterów (to główny środek lokomocji) całkiem sporo. Ruch drogowy wymaga przyzwyczajenia, bo na początku wygląda dość chaotycznie. Główną zasadą jest, że interesuje tylko to, co przed nami. System się sprawdza, nie przeżyliśmy ani jednego wypadku, a kierowcy się ani nie denerwują, ani nie klną :) Już to opisuje główną cechę mieszkańców Bali: są mili i naprawdę przyjaźnie nastawieni - myślę, że przynajmniej po części wynika to z hinduizmu, który wyznaje chyba 95% tamtejszej ludności. Jednak nie zgłębiłam jeszcze tematu, to bardziej domysły i obserwacje.

Ci to potrafią!

Skutery - który wybrać?!

W Permuteranie (mała wioska) nocowaliśmy tylko jedną noc, za to w całkiem luksusowym hoteliku. ;) Przystanek specjalnie dla nurków. Ja się z takich atrakcji wyłamuję, ale miałam czas uwiecznić hotel - raj na ziemi!

Taman Salini Bali - Permuteran

Łazienka :)

Jak się domyślacie, to nie koniec. Ale nie chcę Was zanudzić! Na ciąg dalszy zapraszam już niebawem!

Pozdrawiam serdecznie i wiosennie!
Moni

PS. Jak widać po zdjęciach, to były czasy przed lustrzanką, ale zabawne obrazki każdym aparatem można dobrze sfotogfrafować:) Dodam, że nie spaliśmy w tym hotelu o tak wymownej nazwie :D


sobota, 22 marca 2014

W krainie snów - sypialnia

Witajcie!

Sypialnia to miejsce, w którym spędzamy zazwyczaj najmniej czasu. Albo inaczej, w większości spędzanego tam czasu mamy zamknięte oczy. :)  Nie znaczy to jednak, że mniejszą wagę przywiązujemy do jej wystroju. Oczekiwania wszak są duże, bo sypialnia ma nas wprowadzić w nastrój wypoczynku, relaksu i spokojnego snu.


Nasza sypialnia skierowana jest na wschód. Światła i słońca wpada jednak niewiele, bo okna (2. piętro) wychodzą na niewielkie podwórze. W zasadzie jest to jednak ułożenie optymalne, naprawdę mało przebywamy tutaj w ciągu dnia i nie przeszkadza nam zanadto fakt, że pokój nie jest szczególnie jasny.


Na początku było tutaj nudno i pospolicie. Niebieskie ściany przejęte po poprzednich lokatorach. Łóżko, szafa i (wtedy jeszcze) łóżeczko oraz komoda. Dużo miejsca, jednak całość bez wyrazu.

Zmiany zaczęliśmy od pomalowania ścian na kolor kawy z mlekiem i to w dwóch odcieniach. W tym czasie powstała też lampa, o której pisałam tutaj. Przełom nastał po wyniesieniu łóżeczka do pokoju (wtedy jeszcze bardzo) Małej Mi. Szukaliśmy ciekawego ustawienia przy maksymalnym wykorzystaniu przestrzeni. Wiadomo przecież, że schowków nigdy nie za wiele. Tak powstał pomysł na szafę XXL, na którą chciałam zwróć Waszą uwagę.



Szafa XXL powstała na długość ściany. Wykorzystaliśmy też maksymalnie możliwą szerokość. Szafa (4-drzwiowa), którą już mieliśmy została postawiona na środku, a po jej bokach powstały dwie dodatkowe wnęki-szafy. Zasłony z IKEA zaczepione na karniszach świetnie sprawdzają się w roli "drzwi". Karnisz przymocowany jest do ściany oraz do szafy. To jest jedyny minus tego rozwiązania: szafie dostało się kilka mało eleganckich dziur, które w tym ustawieniu oczywiście są niewidoczne.
Po lewej stronie (strona Luka) wiszą dwa drążki, są więc dwa poziomy. Po prawej - mojej - stronie jest tylko jeden poziom do wieszania, ale wykorzystana jest i dolna przestrzeń na kartony, deskę do prasowania i takie tam... Całość jest stabilna, wszystko estetycznie ukryte i mieści się tutaj naprawdę sporo gratów wszelakich. Myślę, że ten pomysł można wykorzystać w wielu wariantach. Rozwiązanie jest szybkie i niskobudżetowe. Jest to z pewnością alternatywa do klasycznych zabudowanych szaf.


Jako że obie wolne ściany są zastawione, ustawiliśmy łóżko pośrodku, z naglówkiem pod oknem zostawiając trochę miejsca. To głównie rozwiązanie praktyczne, ale nadało całości pewnej lekkości.
Nie mamy też klasycznych stolików nocnych. Obok łóżka stoi jeden, kształtem przypominający starą skrzynię. Pomysł mój, wykonanie i dopracowanie szczegółów Luk, czyli klasyczny podział. No i oczywiście ja bejcowałam i woskowałam. :) Tutaj zbliżenie:


Nie wiem, czy to przypadek, czy może skrzynia-stolik nocny zapoczątkowała ten kierunek, ale nasza sypialnia to składnica wielu naszych pamiątek z podróży. Zresztą te są wszędzie i wtapiają się w tło mieszkania. Tutaj wyszła z tego lekko "azjatycka" kombinacja.

Na wielkie dekorowanie nie mam zbyt wiele miejsca, właściwie jednynie komoda pozwala na odmianę, choć pewne "eksponaty" mają tutaj swoje stałe miejsce.


Te opisane zmiany miały miejsce jakieś 5 lat temu, zmieniają się czasem jakieś dekoracje, ale główne ustawienie tak nam przypadło do gustu, że nadal nie zamierzamy go zmieniać. Wszystko się zgrało, panuje harmonia, jest dostęp do mebli i równocześnie to nasza przytulna oaza. Tutaj przy świetle świec i muzyce umawiamy się z Mężem na randki :):):)


Do takich cacek jak powyżej słabość mamy oboje - tyle że ja wyłącznie ze względów estetycznych, a Luk bawi się jeszcze elektronicznie. Mamy więc retro-radio, które nadaje nie z eteru, a z... internetu. Ale na ten temat wolę się niewypowiadać, bo szybko mogę się zaplątać. :)

Oczywiście nie jest tak, że nic tutaj nie mam do roboty. Planuję zmienić karnisze i zasłony w oknach, lampkę na stoliku nocnym oraz dywaniki pod łóżkiem. Jest i pięta achillesowa, czyli absolutny kompromis, którego nawet nie skomentuję, poprostu nie ma innego miejsca (choć już różne opcje przerabialiśmy). Brakuje nam poprostu dodatkowego pokoju :)


O innym kompromisie, który jednak przeszkadza mi o wiele mniej,  pisałam już tutaj.


Hm, to teraz czas na poobiednią drzemkę :D

Pozdrawiam Was moi Drodzy, do następnego!

Moni

sobota, 15 marca 2014

Pożeracz smuteczków - weekendowe diy z Dzieckiem

Witajcie!

Bardzo podobały mi się Wasze komentarze pod postem z czasopismami! Widzę, że klub zbieraczy jest pokaźny i nie tylko ja upycham skarby po kątach :)

Wiecie, kto to jest pożeracz smuteczków? To sympatyczny potworek, który żywi się smutkami i troskami. Buzia zamyka mu się na zamek, więc smuteczki napewno nie mogą spierzchnąć. Każdy z nas ma  czasem potrzebę przygarnąć takiego potworka i oddać mu swoje czarne myśli, prawda?

Pomysł na uszycie takiego pożeracza podsunęła mi Mała Mi. Podobne maskotki można kupić, widziałam je w sklepach z zabawkami - są aktualnie dość "modne". W ramach wypożyczania przytulanek między dzieciakami, zawitał wczoraj do nas taki "kupiony" pożeracz smutków. Obejrzałam go z bliska i podjęłam wyzwanie uszycia sobowtóra. Przy okazji miałyśmy fajną zabawę w wyszukiwaniu tkanin, guzików i nitek. Miriam z zamiłowaniem wpychała do stworka zawartość niepotrzebnej poduszki oraz pomagała w szyciu. Zaczęłyśmy wczoraj po południu, a dziś musiałam zakończyć, inaczej nie miałabym spokoju :) No i jest:








Miriam powiedziała, że potworka kocha, więc mama obrasta w piórka ;) Cieszy mnie, że udało nam się zasiać w niej ziarnko "tworzenia" i że nie liczy się dla niej tylko to, co kupione.

A jak Wam upływa weekend? Oby jak najbardziej po Waszej myśli!

Pozdrawiam ciepło,
Moni