Strony

poniedziałek, 5 maja 2014

Pocztówka z podróży - Bali, Indonezja cz.2

Witam Was serdecznie!

(Zainteresowanych na część pierwszą zapraszam tutaj.)

Dzieci w tradycyjnych balijskich stojach w jednej ze świątyń

Podczas naszego trzytygodniowego pobytu na Bali w 2005 roku zwiedziliśmy zachodnią, północną oraz południową część. Centralne Bali to górzyste tereny, które obejrzeliśmy jedynie przejazdem.
Z Pemuteran udaliśmy się w dalszą drogę wzdłuż północnego wybrzeża do miejscowości o nazwie Lovina. To ciąg wiosek, gdzie przebywa wielu turystów, a handlarze dość ofensywnie próbują sprzedawać swoje wyroby.

Wszędzie bożki oraz dary dla nich

Tutaj naszymi głównymi atrakcjami były 1) hotelowy basen, a jakże. 2) Wycieczka na skuterach w głąb wyspy do ciepłych siarczanych źródeł. Mogliśmy przy okazji obejrzeć jak wygląda Bali bez turystów i turystycznej infrastruktury.

gorące siarczane źródła

3) Zostaliśmy uprowadzeni - to tylko brzmi tak poważnie, ale po kolei:
Chcieliśmy spróbować homara, każda restauracja oferowała takie dania na zamówienie. O umówionej porze odebrał nas Pan, który zaczął nam wciskać jakieś banialuki, że to nie tu i mamy wsiąść do samochodu, on nas zawiezie na miejsce. Miny nam zrzedły, ale nie udało nam się wywinąć i faktycznie pojechaliśmy z gościem. Dziś straszna naiwność przebija z tego, co napisałam i sama się dziwię, że pojechaliśmy.
Zostaliśmy wysadzeni przy ulicy, przy jakimś baraku, nasze zaniepokojenie zamieniło się w złość. Ale chyba głodni byliśmy, bo zdecydowaliśmy się wejść do środka. Nie będę przedłużać: zjedliśmy pyszny obiad. Homar jak homar, dużo odpadów ;) całość dość groteskowa, okropne miejsce i pyszne jedzenie. Historia Pana była taka, że próbuje ponownie rozkręcić swój biznes. Splajtował po tym, jak na skutek ataków bombowych przestali przyjeżdżać turyści. W reatauracji, gdzie pierwotnie zamówiliśmy homara jest tylko zatrudniony. Jaka była prawda nie wiem, ale kupił nas tą historyjką :)

Wszechobecna swastyka na początku raziła



Czym zamożniejsi ludzie, tym więcej bożków oraz ornamentów

Miejscowością, którą trzeba koniecznie odwiedzić na Bali jest Ubud. Leży ona w górach i skupia wielu lokalnych artystów. Warto tutaj zadbać o hotel z basenem, bo Ubud nie leży nad morzem. My zwiedzaliśmy okolicę skuterami oraz piechotą, odpoczywaliśmy przy basenie i dobrym jedzeniu. Wiele restauracji proponuje gotowe zestawy, co się opłaca i ułatwia wybór. Jest naprawdę wiele galerii i stoisk z bardzo zróżnicowanymi obrazami, każdy znajdzie coś dla siebie. Transport obrazu do domu jest prosty, ponieważ dostaje się rulon, a ramkę dorabia już w domu. :)

Ubud - Monkey Forrest (uwaga na rzeczy!)

Tutaj najbardziej przypadł mi do gustu salon kosmetyczny Verona Spa. Byliśmy przez te kilka dni stałymi klientami. Taki zabieg np.: kąpiel w kwiatach popijając słodką czarną herbatę z imbirem i zajadając świeżymi owocami, potem masaż balijski. To wszystko z widokiem na pola ryżowe, bo budynek, zamiast ściany zewnęrznej miał jedynie osłonę z roślin - bajka!

Tarasy ryżowe

Kolejnym miejscem było niewielkie miasto portowe Padangbai. Największym zaskoczeniem dla nas był właściciel centrum dla nurków - Słowak, mówiący zresztą świetnie po polsku oraz... piasek. Ziarenka były wielkości gorczycy! W sumie Padangbai był koniecznym przystankiem przed przeprawą promem na wyspę Lombok. Na Lombok przejechaliśmy jedynie z jednego portu do innego, ale i tak zdążyliśmy zauważyć, że panuje całkiem inna atmosfera, powiedziałabym mniej urlopowa i luzacka. Naszym celem była mała wysepka Gili Trawangan, bez ulic, samochodów, którą można było obejść plażą w ok. godzinę.

Ta łajba dowiozła nas na Trawangan
Gili Trawangan - lokalny transport
Gili Trawangan - dary morza

W drodze powrotnej ponownie zatrzymaliśmy się w Ubud, głównie z powodu wspomnianego salonu Verona Spa :) Ostatnią noc spędziliśmy w Kuta, która jest najbliżej lotniska. Pijąc pożegnalne piwo pierwszy raz usłyszeliśmy syreny. Jak się później okazało, jechały do miejsca, gdzie tego wieczoru wybuchła bomba. Nas to całkowicie ominęło, czego nie wiedziały nasze rodziny wystraszone wiadomościami w TV. Było trochę nerwów, ale udało nam się z nimi skontaktować.

Do domu lecieliśmy przez Dżakartę, którą w przerwie między lotami udało nam się odrobinę zwiedzić. Jednak po relaksującym pobycie na Bali Dżakarta szybko nas zmęczyła swoim smogiem i hałasem. Poza wejściem na jakąś wieżę niewiele pamiętam. 

Trochę się rozpisałam, ale musi na jakiś czas wystarczyć. ;) Jak pewnie zauważyliście, nie za często udaje mi się coś skrobnąć. Ostatnio wnętrzarsko mniej dzieje się w domu, więcej energii wkładamy w prace ogródkowe, więc pewnie z tego frontu częściej teraz będę relacjonować.

Trzymajcie się, do następnego!
Moni


Sprawa postawiona jasno!