sobota, 28 września 2013

Na jesienne wieczory...



Witajcie!

Przedstawię Wam dziś "działkowy" projekt Łuka. Jak znalazł na jesienne wieczory...
W ten sposób pozbywamy się wszelkich patyków i gałęzi, a zbiera się tego na działce niewyobrażalne ilości!




Dla technicznie zainteresowanych dokładny opis wykonania tutaj. Opis jest w języku niemieckim, ale jest kilka zdjęć, którymi można się kierować. W razie niejasności - pytajcie!

Have a nice weekend!

Pozdrawiam serdecznie,
Moni

niedziela, 22 września 2013

Pocztówka z podróży - Krym, Ukraina, cz. 3 i ostatnia


Witam sredecznie!

Czas zakończyć relacje z Ukrainy. Zapraszam Was dzisiaj na ostatnią część krymskich przygód. O wcześniejszych etapach przeczytacie tutaj: część 1. (Simferopol, Feodozja)oraz część 2. (Jałta)

4. Sewastopol

W Sewastopolu znaleźlismy się wczesnym popołudniem 9. dnia urlopu, czyli w środę. Pierwszym założeniem było dotrzeć tam już we wtorek, ale za bardzo podobało nam się w Jałcie. I DOBRZE! Sewastopol to może i ciekawe miasto, ale zbyt duże, aby uchowała się leniwa urlopowo-morska atmosfera. W przewodniku ta miejscowość została opisana jako moloch i ja się pod tym podpisuję.
My znaleźliśmy się tam z powodu łodzi podwodnych (Łuk) oraz stacji kolejowej, z której odjeżdżaliśmy do Kijowa.

Sewastopol

Tradycyjnie pierwsze zadanie: znaleźć nocleg. Przewodnik okazał się do niczego pod względem praktycznych wskazówek na ten temat (to nie był lonely planet, który kiedyś zachwalałam). Trochę się nachodziliśmy, aż się udało w hotelu Krym. Ogromny budynek, wszystko bardzo oldskulowe, łącznie z panią Recepcjonistką. Po raz kolejny poczuliśmy się trochę przesunięci w czasie. Pokój na 11. piętrze i widok na morze rekompensował windę, która rzadko do nas docierała, kolonie szalejące po piętrach oraz stare łóżka i materace odstawione na korytarzu.
Hajlajtem było śniadanie, które trzeba było osobno wykupić. Otóż to śniadanie podawane było w dyskotece znajdującej się w tymże hotelu! Najpierw zupa mleczna, potem kiełbasa, to wszystko popite herbatą z czajnika - odlot! Konsumpcja odbywała się w akompaniamencie powitalnych okrzyków wychowawców i dzieciaków z kolonii. TEGO nie znajdziecie na żadnym olinklusiwie ;)

Hotel Krym - Sewastopol
Hotel Krym, widok z 11-go piętra

Sewastopol jest politycznie ciekawym miejscem. Nie podlega administracyjnie pod Simferopol, tylko bezpośrednio pod Kijów. Powodem jest rosyjska baza marynarki wojennej. Tak, tak - to nie pomyłka. Rosyjskie flagi wszędzie dumnie powiewają - osobliwe uczucie, nawet dla mnie jako turystki.  Podejrzewam, że to gospodarcze pobudki oraz historyczne aspekty doprowadziły do takiego rozwiązania. To miasto ma dość mocny militarny nalot, wszędzie pomniki wysławiające wojennych gieroi. Istotny wydaje się również fakt, że Sewastopol został praktycznie całkowicie zburzony w trakcie 2. Wojny, a potem odbudowany. Najładniej i naciekawiej jest oczywiście przy wodzie. Dość centralnie leży też całkiem fajny park. W sumie jest to duże miasto, rozciągające się dookoła zatoki. Jednak turystycznie ciekawy jest zaledwie mały odcinek.

Sewastopol

Czwartek był dniem zajęć w podgrupach - Mama z Córką plażowanie, Tata łodzie podwodne. Plażowanie odbyło się w samym porcie. Nie spodobało nam się, więc skróciłyśmy do minimum. Na szczęście w parku były konie, dzięki nim Mała Mi przebolała skrócony program aqua.

Łuk zaś wybrał się do Balaklawy. Balaklawa jest to wioska nadmorska, w której pozornie nic nie było. Jednak jak się okazało w latach 90-tych pod jedną z gór ukryta jest podziemna baza łodzi podwodnych z bezpośrednim dostępem do Morza Czarnego. Przyznam, że sprawa jest spektakularna, ale z mojej strony tyle w tym temacie. Będąc w okolicy koniecznie zawieźcie tam swoich Mężów, Partnerów i Synów - uzyskacie ich szacun i będą Wam dozgonnie wdzięczni :D

Balaklawa, baza łodzi podwodnych
Balaklawa

Piątek był naszym ostatnim dniem na Krymie. Przepłynęliśmy się po wspomnianym porcie stateczkiem, to zawsze jest fajną opcja. Człowiek zwiedza, nie marnując nóg. Ostatnim zadaniem było nakupić prowiantu na 16-stogodzinny przejazd pociągiem do Kijowa.

5. Kolej Sewastopol - Kijów

Przejazd koleją został już pieczołowicie przygotowany z wyprzedzeniem, miejscówki zarezerwowane oraz zapłacone przez internet. Jest to konieczne, ponieważ inaczej nie ma szans na bilety. Miejscówki można wykupić 45 dni przed planowaną podróżą. Właściwie należy to zrobić, ponieważ inaczej jest wszystko wykupione, szczególnie w czasie wakacji. Już na Krymie, w Simferopolu, wymieniliśmy poprostu naszą rezerwację na bilety. Za przejazd z bagażem za 3 osoby zapłaciliśmy ok. 200 zł.  Żądni przygody świadomie wybraliśmy 3. klasę, czyli otwarty wagon sypialny. Da się jechać również w klasycznych kuszetkach dla 4 osób (2. klasa) oraz de luxe dwie leżanki, ale cena tychże jest porównywalna do kosztów przelotu.

Sewastopol - dworzec


Dla Małej Mi taka jazda to wyjątkowa frajda, szczególnie przebywanie na górnej leżance i wyglądanie przez okno. Stukot oraz lekkie kołysanie nocą mają w sobie coś transowego. Wbrew pozorom jest dość wygodnie, w cenie świeża pościel oraz ręcznik. Jednak po 15 godzinach miałam dosyć, było gorąco i wszystkie rzeczy przesiąknięte były takim pociągowym odorem. Sprawa subjektywna, bo Moje Dziecko było rozczarowane, że "już" wysiadamy.



6. Kijów

Przewodnik autorstwa Artura Grossmana wychwala Kijów jako najpiękniejsze miasto Europy. Europa ma wiele pięknych miast, więc taki ranking jest raczej trudny, ale Kijów spokojnie mógłby się znaleźć w czołówce. Szczerze przyznam, że właściwie nic przedtem o Kijowie nie wiedziałam i bardzo pozytywnie mnie to miasto zaskoczyło. Przyjechaliśmy w sobotę o godzinie 11.00, mieliśmy więc niecałe dwa dni na zwiedzanie. To niewiele, pozatym pod koniec urlopu następuje pewne znużenie lub nadmiar, dlatego raczej bez presji chciałam jedynie "poczuć" to miasto, a nie odhaczać kolejne zabytki.



Zaszaleliśmy na koniec, jako nagroda za noc spędzoną w pociągu zarezerwowaliśmy całkiem przyzwoity hotel w samym centrum (Kryszatyk). Dzięki temu, główne miejsca mogliśmy obejść na piechotę. Zrobiliśmy też eksperyment: przypadkowym trolejbusem oddaliliśmy się trochę od centrum. Dość szybko robi się wtedy szaro i brzydko, a różnica do "bogatego" i eleganckiego śródmieścia jest szczególnie widoczna. Było to deprymujące. Tę brzydotę rekompensują ludzie. Są mili i pomocni, podpada dobre wychowanie starej daty - bardzo mnie to ujęło.

Kijów - miasto przeciwieństw
Kijów
W porównaniu do Krymu, Kijów to metropolia. Centra handlowe (takie same jak wszędzie), metro, wszystko trochę bardziej zadbane, zamożniejsze. I droższe. Chciałabym kiedyś zwiedzić to miasto trochę dokładniej, my zaledwie pobieżnie obejrzeliśmy główne miejsca oraz hydropark.

Hydropark według mnie to miejsce godne rozgłosu. Z pozostałości i różnych metalowych elementów ze starych fabryk powstała odjechana, darmowa (!) siłownia na wolnym powietrzu. Jestem pod wielkim wrażeniem tego pomysłu oraz jego realizacji!

Kijów - Hydropark

Kijów - Hydropark, tutaj rządzi testosteron!

Kijów - Hydropark

W Kijowie kończy się nasza wyprawa. Powrót do Berlina samolotem przez Rygę z małym incydentem na lotnisku. AirBaltic liczy sobie 40 zł od osoby, jeśli nie zrealizujesz check-in przez internet, o czym nie wiedzieliśmy. Takie trochę irytujące zakończenie naprawdę udanego urlopu.

Ukraina to ogromny kraj, a ja tym wyjazdem nabrałam chęci na więcej. To dobry znak, prawda?!

Życzę Wam miłego startu w nowy tydzień!

Pozdrawiam,
Moni

w pociągu - widok z okna :)

czwartek, 19 września 2013

Arm, aber sexy*

Berlin to - moim zdaniem - najbardziej nie-niemieckie miasto w Niemczech. Myślę, że nie tylko odstetek obcokrajowców (13,8%) jest tego przyczyną. Pewnie bliskość słowiańskiej granicy też jest nie bez znaczenia ;) Zresztą już kiedyś Berlin Zachodni ze swoim szczególnym statusem przyciągał różnych niepokornych, ponieważ jako wolne miasto jego mieszkańcy, tzn. męska część, byli zwolnieni ze służby wojskowej.

A dziś...  To miasto NIGDY nie śpi, jego burmistrz jest gejem, a twarz bramkarza (i nie mam tutaj na myśli żadnego sportowca) uwieczniona została na muralu w centrum miasta. Sodoma i Gomora!!!

Potsdamer Strasse, czyli "Potse" :)

(Zdjęcie zrobione z samochodu komórką, niestety.)

Akurat ten pan bramkarz - Sven Marquardt - (jak ta profesja zwie się oficjalnie?!) jest w mieście instytucją. To on decyduje, kto wejdzie do klubu Berghain, który uchodzi za jeden z najlepszych na świecie. W oryginale wygląda jeszcze bardziej srogo, ale podobizna jest jednoznaczna.

*Arm, aber sexy znaczy  "ubogi, ale ponętny" :D. Tak aktualny burmistrz - Klaus Wowereit - kilka lat temu opisał Berlin borykający się z horrendalnymi długami. Tekst jest tak trafny, że od razu się przyjął.

Podobno mamy w archiwum lepsze zdjęcie, jak znajdę to wymienię. Jak znajdę...

Czy ktoś z Was zna Berlin? Jakie na Was to miasto robi lub zrobiło wrażenie? A może nawet ktoś z Was podziela moje gorące uczucia?! :)

Pozdrawiam Was ciepło!
Moni

poniedziałek, 16 września 2013

Sanatorium Drużba - kosmiczna architektura na Krymie

Witam!

Po delikatnych pastelach w ostatnim poście będzie dzisiaj raczej brutalnie - uczciwie ostrzegam. Dla odmiany będzie też niewiele słów. Zdjęcia, które Wam przedstawię, zdecydowanie mówią same za siebie.

O Sanatorium Drużba wspomniałam już w relacjach z pobytu w Jałcie.  Budynek, w którym znajduje się wspomniane sanatorium, jest jednak tak kosmiczny i jedyny w swoim rodzaju, że zasługuje na wyłączny wpis. Zaprojektowane przez architekta Igora Wasilewskiego, sanatorium powstało w drugiej połowie lat 80-tych.

Dotarliśmy tam dzięki Łukowi i to zdjęcia jego autorstwa Wam przedstawiam. Z premedytacją zostały odbarwione, podkreśla to wyjątkowość tego miejsca. (Nie mylić z pięknem!)

Sanatorium Drużba w miejscowości Kurpaty, niedaleko Jałty jest kosmiczne, fascynujące, brzydkie, betonowe, jedyne w swoim rodzaju, socjalistyczne, niepowtarzalne, surowe, ogromne... zobaczcie:


 

Jeśli Wam mało w tym temacie, polecam ciekawy wpis na blogu less more.

Napiszcie, co sądzicie o tej perle architktury, jestem bardzo ciekawa Waszego zdania!

Pozdrawiam serdecznie,
Moni

piątek, 13 września 2013

Pastelowe nowinki oraz rodzinne skarby

Witajcie!

Jak Wam mija piątek, trzynastego?! :) Tutaj nic Wam nie grozi, będzie lekko i przyjemnie na rozpoczęcie weekendu. Zapraszam!

Choć w moim wyposażeniu kuchennym (serwis obiadowy oraz większość miseczek, dzbanuszków itp.) dominuje biel oraz przeźroczyste szkło, mam w mojej kolekcji kilka "kolorowych odchyłów". Jak się domyślacie, są to rzeczy wyjątkowe, przynajmniej dla mnie.  Mam do większości z nich iście sentymenalny stosunek. To przedmioty z tych z historią oraz nieliczne pamiątki po babci. Pokażę Wam raz na jakiś czas niektóre z nich.

Zacznę jednak od najnowszej zdobyczy. Piękny, używany pastelowy dzbanuszek w moim ulubionym turkusie dotarł do mnie dzisiaj. Jest niewielki, a jego pastelowy odcień dobrze współgra z innymi kuchennymi skarbami.



Widzicie w oknie koronkowy obrus? Mam słabość do obrusów wszelkiej maści, a w szczególności tych starych, pięknie ręcznie wykończonych. Udało mi się kilka niezwykłych okazów odziedziczyć po babci. Domostwo mamy jednak takie raczej praktyczno-nieobrusowe, więc większość czasu te piękności odpoczywają w szafie. Tymbardziej cieszy mnie każdy pomysł, dzięki któremu mogę wykorzystać i pokazać te cacka. Tak oto obrusik, który na szydełku zrobiła dla mnie Ciocia, zawisł w kuchennym oknie, Uważam, że to dobre miejsce dla niego. :)



Ten komplet powyżej też jest babciny. Pamiętam meblościankę i wystawione tam te kolorowe filiżanki oraz dzbanki. To komplet do herbaty i espresso z dzbanuszkami na mleko oraz dwiema cukiernicami. CUDO! Kolory są zdecydowane i niekoniecznie dziś modne, ale to prawdziwy vintage. Zakazałam wkładać te rzeczy do zmywarki, bo szybko by zbladły. Przy okazji pokażę Wam całość, bo ciekawie się prezentuje i jest jedyna w swoim rodzaju. Może ktoś z Was ma coś podobnego lub kojarzy z przeszłości ten odważny dizajn? :)

Kochani, życzę Wam dobrego weekendu, łapcie ostatnie ciepłe promyki! Ja planuję pokopać trochę na działce, prawdopodobnie będziemy ostatni raz w tym roku nocować w ogrodowej chatce.

Trzymajcie się, do następnego!
Moni



poniedziałek, 9 września 2013

Czas na herbatę...

Witajcie Kochani!


Lato powoli się żegna. Jak co roku mam uczucie, że trwało za krótko.  Jednak nie narzekam, bo każda pora roku ma swoje dobre strony. Wystrój wnętrza, oświetlenie, domowe rytuały, a nawet potrawy i napoje zmieniają się z nadejściem jesieni, a potem zimy.

Od kiedy mamy działkę, dzielimy rok na dwa sezony, ten działkowy i  domowy. W ciepłych miesiącach jak najwięcej czasu spędzamy w ogródku, ale pod koniec sezonu cieszymy się już na weekendy w domu. Z kolei od stycznia czekamy na wiosnę i cieszymy się na pierwsze ogródkowe prace. Tak mija nam rok po roku...

Ostatnio dużo się działo, byliśmy często w drodze, dlatego trochę brakuje nam przebywania w domu. Chociaż lato to zdecydowanie moja pora, to czekam na jesień, bo liczę na spokojne długie wieczory w domku przy herbacie i świeczkach.

Nadchodzi więc czas parzenia herbatek, litrami, hektolitrami, ziołowych, owocowych, z imbirem lub cytryną. W tym celu potrzebny jest czajnik. :) Już od dłuższego czasu rozglądałam się za fajnym czajnikiem na prąd. Te wszystkie nowoczesne gadżety, z kosmicznymi kształtami  nie przemawiały do mnie. Oglądałam ceramiczne, ale niestety największe miały pojemność 0,7 litra - to zdecydowanie za mało dla nas.
W końcu trafiłam na czajnik idealny, pojemność 1,7 litra, kolorystycznie świetnie pasuje do mojej kuchni, a forma... w nazwie występuje słowo "vintage". Wyobrażacie sobie pewnie, że dokładnie o to mi chodziło. W tym przypadku akurat kosmiczna była cena i ostudziła mój zapał do zakupu. Ale czajnik był nam pisany ;), bo udało mi się wypatrzeć dobrą okazję - wtedy już się nie zastanawiałam.


Jesień może do nas zawitać, jesteśmy przygotowani. :)


A Wy, moi Drodzy, jakie herbaty pijecie najchętniej?
Pozdrawiam ciepło i dziękuję, że zaglądacie!

Moni

niedziela, 1 września 2013

Pocztówka z podróży - Krym, Ukraina, cz. 2

Drodzy Czytacze!

Kontynuuję relację, kto ciekaw część pierwsza tutaj.

Lenin, a jakże! Jałta

3. Jałta

Jak to się człowiek może pomylić! Przyznam, że miałam jakieś pokręcone wyobrażenia o tej Jałcie. Ostatecznie tam właśnie najbardziej mi się podobało i żal było wyjeżdżać.

Po kolei:
Z Teodozji wykupiliśmy wczesny autobus do Jałty przez Simferopol, planowany czas jazdy ok. 5 godzin. Zapowiadało się gładko i wesoło, ale nie zdążyliśmy się rozkręcić, bo po godzinie jazdy ten superwypas autobus się zepsuł. No przecież! W końcu jesteśmy na urlopie i jakieś atrakcje muszą być.

w drodze do Jałty...

Nie zapowiadało się, że będzie lepiej, więc my - na maksa elastyczni - łuuup plecaki na plecki, dziecko pod pachę i siuup do autobusu zastępczego, czyli innej linii. A już na poważnie, to byłam pod wrażeniem, jak w prosty sposób, ale skutecznie się to wszystko odbywało. Autobus zastępczy dowiózł nas do Simferopola (pamiętacie? węzeł komunikacyjny i stolica Krymu). Tutaj trzeba było niestety wykupić nowy bilet. Odpuściliśmy sobie wyjaśnianie łamanym językiem zwrotu kasy, ponieważ chodziło o niewielką sumę. Za to dla Łuka spełniło się marzenie! Będzie teraz krótko o tym marzeniu.

Na Krymie funkcjonuje bodajże najdłuższa w Europie sieć trolejbusowa i Łuka marzeniem było, do Jałty się takim trolejbusem bryknąć. Dla prostoty ominęliśmy ten punkt, no ale co ma być, to będzie... Dzięki awarii, mogliśmy zweryfikować plany i pojechać takim wehikułem. Przemilczę, że potem trolejbus też miał awarię, tzn. skończyła się dostawa prądu! Ogólnie była przygoda. Pojazd napakowany ludźmi oraz bagażem jak czerwony autobus z Koszalina do Mielna, ale i tutaj obowiązek miejscówki, więc jednak komfort większy. Trolejbus jest z tych niespiesznych pojazdów, więc i cena niewysoka, ergo i ekipa pasażerska całkiem przyjemna (głównie turyści, tylko inny przekrój wiekowy, tzn. z plecakiem i namiotem, ale bez dziecka :D). Te ok. 100 km mieliśmy przebyć w jakieś 2 godziny. Z powodu awarii zrobiło się 2,5h. Luzik. Dojechaliśmy dobrze, była nawet mała sensacja stomatologiczna, bo Mała Mi pozbyła się prawego siekacza.




Krótka dygresja na temat orientacji w terenie. W erze mądrych telefonów mapy poszły do lamusa, niestety. Przed wyjazdem ładujemy potrzebną mapkę i jesteśmy na miejscu zorientowani. Wszystko odbywa się przez GPS i dostęp do sieci nie jest konieczny. Ba, nawet widzimy gdzie jesteśmy i jak daleko do celu - kosmos!

Pierwszym zadaniem w Jałcie było znalezienie noclegu. To oznacza wędrówkę z plecakami. Będąc w większej grupie, można się lepiej rozdzielić i zrobić bazę dla bagażu i przychówka. My postanowiliśmy się nie rozdzielać. Dodam, że nasze plany noclegowe nie były sprecyzowane. Teoretycznie chcieliśmy nocować "u ludzi", czyli w prywatnej kwaterze. To jest ciekawe rozwiązanie, bo jest zazwyczaj trochę taniej niż w hotelu i jest kontakt z tubylcami. Taką kwaterę trzeba znaleźć na miejscu, bo wiadomo że jakieś rezerwacje przez internet nie mają sensu. Ale chyba nie byliśmy wtedy w nastroju do szukania kwatery idealnej. Za to na naszej drodze wyłonił się idealny hotel, czyli skansen. Hotel Krym w Jałcie jest centralnie położony, ale jego czasy świetności już dawno minęły. Po uprzednim obejrzeniu wynajęliśmy ostatecznie pokój. Ba! Apartament (2 pokoje i łazienka) z widokiem na port, na 5. piętrze (bez windy) i z inwentarzem, który pamięta jeszcze chyba Stalina! :) Mamy słabość do takich spelunek, ale w sumie było komfortowo, przestrzeń i fajny widok na JałtaCity. Poza tym była telewizja z programem muzycznym, więc jesteśmy teraz na bieżąco.

Hotel Krym - Jałta

Hotel Krym - Jałta

widok na Jałtę z hotelu Krym

Jałta spodobała nam się do tego stopnia, że przedłużyliśmy pobyt o jeden dzień. To była jedna z lepszych decyzji, ale o tym później. Nawet nie jestem w stanie dokładnie opisać, co mnie tak ujęło. To z jednej strony typowo nadmorska miejscowość, a z drugiej pięknie położona mieścina, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Można zwiedzać, robić zakupy, opalać się, przepłynąć się statkiem, udać się na degustację krymskiego wina, można dobrze i tanio zjeść i się napić. Do tego cały czas jest piękna pogoda, ludzie są mili i wyluzowani. Przekonałam Was? Dokładnie takie były też i nasze zajęcia. Wylegiwaliśmy się na plaży (która jest kamienista, można wynająć leżankę za 16 zł lub w cieniu  za 24 zł). Plaża jest zorganizowana, tzn. są różne odcinki, niektóre z nich są płatne. Chodziliśmy na pyszne domowe obiady do "barów mlecznych", trochę spacerowaliśmy po mieście, a wieczory spędzaliśmy w knajpie Robinson, która znadowała się nad naszym pokojem hotelowym i miała wifi oraz rewelacyjny widok na deptak i port.

Obiad

Deser
Spacer - Jałta
Wieczorny chill out,  knajpa Robinson - Jałta

Nie opowiem Wam - jak w przewodniku - co należy tam zwiedzić, ponieważ już jako dziecko mierziły mnie wycieczki do muzeum, kościołów i zamków. Lubię zwiedzać, ale wybiórczo i bardzo subjektywnie decyduję o celu. Zamiast kolejnego muzeum wolę czasem po prostu poprzyglądać się ludziom.

Jak Krym to szampan i wino. My wprawdzie jesteśmy piwoszami - w sumie to powinniśmy wczasy spędzać w Czechach. :D Jednak skusiliśmy się na spacer do Massandry, starej tradycyjnej winiarni,  oddalonej o 2 km (brzmi lajtowo, ale tam jest górzyście!). Sam spacer też byłby godny opisania, ale przez wzgląd na Waszą czytelniczą cierpliwość napiszę tylko: GPS. Dotarliśmy, owszem, ale to napewno nie była STANDARDOWA trasa, napewno nie! Degustacja 10 win trwa ok. godziny i kosztuje od osoby 20 zł. Można też dać się oprowadzić, ale tylko po rosyjsku, więc zrezygnowaliśmy. Wina miały ciekawy smak, jednak wszystkie były słodkie lub bardzo słodkie. Nic dla mnie. Mi najbardziej podobały się ich skrzynie na wino, ale niestety spóźniliśmy się i sklep był już nieczynny. Powrót z Massandry mieliśmy kontrolowany - autobusem (za rodzinę jakieś 2,40 zł). Uwaga ważna ciekawostka dla dzieciatych: tam wszędzie są KOTY, to ułatwia spacery z dziećmi. Idzie się bowiem od kota do kota i zawsze można dojść do celu, tyle tych kotów jest!



Jedego dnia wybraliśmy się na trochę dłuższą wycieczkę. Plan był bardzo optymistyczny, wyszło inaczej, niemniej ciekawie:
Wybraliśmy się statkiem do Haspry, a konkretnie do przylądka Aj-Todor z zameczkiem o nazwie Jaskółcze Gniazdo. Stamtąd chcieliśmy wrócić piechotą do Jałty, najlepiej plażą. Po drodze mieliśmy jeszcze jeden cel, budynek sanatorium Drużba w miejscowości Kurpaty. Z tego spaceru zrobiła się droga krzyżowa, bo jak już pisałam jest tam górzyście i nie da się spacerować plażą.

Tak więc z założonych trzech kilometrów spaceru plażą zrobiło się w sumie 8 km różnymi trasami! Tutaj czas na mowę pochwalną dla Mojej Córki: Przeszła całą trasę o własnych siłach i bez marudzenia - mam dziecko nie do zdarcia! Obejrzeliśmy ten "ośrodek" w Kurpatach - dla wszystkich zainteresowanych architekturą MUST SEE. Przy czym napewno można podyskutować na temat walorów estetycznych. Nam udało się wejść do środka i pierwsze skojarzenie to film Shining. Myślę jednak, że ten kompleks jest tak niepospolity, że aż godny osobnego posta. Po obejrzeniu sanatorium był odpoczynek na plaży, jedzonko i dalszy spacer. W końcu trafiliśmy na jakąś ścieżkę zdrowia, która prowadziła do zamku w Liwadii, gdzie odbyła się w 1945r. Konferencja Jałtańska. Tak to obejrzeliśmy więcej niż zamierzaliśmy, a w Liwadii wsiedliśmy w autobus (juhu!) i szybciutko dojechaliśmy do centrum. Tego wieczoru nikt z nas nie miał problemu z zaśnięciem! :)

Aj Todor
Sanatorium Drużba aka ciacho
pałac w Liwadii

W Jałcie spędziliśmy 5 słonecznych dni i chociaż był to nasz najdłuższy postój, nie zdążyliśmy się tym miejscem znudzić. Następnym celem, gdzie udaliśmy się z Jałty autobusem był Sewatopol, zanim nocnym pociągiem ruszyliśmy do Kijowa, naszego ostatniego przystanku. O tym napiszę Wam w następnym poście.

Na koniec posłuchajcie, czego słuchamy od przyjazdu z Ukrainy nałogowo i rodzinnie:


Pozdrawiam Was serdecznie!
Moni