poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Ogłoszenia :)

Witajcie Moi Drodzy!

Z przyjemnością informuję, że jeden z moich postów (o ramie do telewizora) jest dziś gościnnie publikowany na blogu Blogi Wnętrzarskie! Bardzo mnie to cieszy, zwłaszcza że współpraca z Autorami bloga jest przyjemna i jednocześnie profesjonalna. Polecam tę stronę wnętrzarsko zainteresowanym, skupia ona mnóstwo ciekawych blogów o tej tematyce.


Z innych ogłoszeń: Jestem zagoniona, że aż się dziwię, czy to normalne. Napiszcie proszę, jak sobie radzicie, bo zastanawiam się, czy Wy też tak macie?  No np. tak, że nie mam czasu włączyć prania. Tzn. mam, ale nie jestem na tyle długo w kawałku w domu, żeby je jeszcze rozwiesić (nie liczę snu, jednak). Czasem jest to frustrujące, ale przeważa jednak moje zdziwienie rozmiarem tego fenomenu. Próbuję odgadnąć, jak to się dzieje. Owszem, wróciłam do pracy. Ale pracowałam przecież i wcześniej, nawet więcej... czyżbym się już jakaś wolniejsza robiła?! Nieee noooo... To pewnie przez te wszystkie ciekawe blogi, do których tak chętnie zaglądam :D

Jeśli ktoś z Was czeka na Ukrainę to proszę o cierpliwość. Będzie, w swoim czasie :) Czyt. jak wypiorę i rozwieszę te góry prania (sic!), ha!

Na zakończenie dodam, że miały być jeszcze zdjęcia sushi, które to własnoręcznie i rodzinnie ukręciliśmy na kolację. Miały być, ale nie będzie, bo za szybko zniknęły z talerza, upps!

W tym żartobliwym klimacie kończę dzisiejsze nie-wnętrzarskie wywody i idę wieszać pranko.

Do przeczytania już niedługo, pozdrawiam Was ciepło!
Moni

PS. Nooo bym zapomniała: Dostałam zaproszenie na "jakiś" zlot blogerów wnętrzarskich do Łodzi, w październiku. Ktoś coś wie na ten temat? Ktoś się wybiera? Pisać proszę, może być na maila. Dziękuję :)

wtorek, 20 sierpnia 2013

Pocztówka z podróży - Krym, Ukraina, cz. 1

Witam serdecznie!

Czas na zapowiedziane relacje z Ukrainy. Będzie o dwutygodniowym wyjeździe na Krym, który długo już nam chodził po głowie. Tym razem byliśmy tylko w trójkę, ale tradycyjnie z plecakami i indywidualnie. Opowiem Wam, gdzie się zatrzymywaliśmy i co widzieliśmy.

Tak jak plan wyjazdu do Wietnamu wzbudzał głównie pozytywne zainteresowanie, tak reakcje na wyjazd na Ukrainę zasłyszane tu i ówdzie były znacznie bardziej zróżnicowane. Ciekawe było szczególnie to, że zdania o Ukrainie były tym bardziej negatywne, im mniej dana osoba wystawiała nos poza swój rejon. Mogłabym się długo rozwodzić, ale nie zamierzam nikogo nawracać. Zrobię inaczej - napiszę Wam jak tam naprawdę jest! :)

Nasza trasa to:

Simferopol - Teodozja - Jałta - Sewastopol - Kijów



1. Simferopol

Właściwie o samym Simferopolu niewiele mogę napisać. Wylądowaliśmy (lot z Berlina przez Rygę linią Air Baltic) ok. godziny 1.30 w nocy i zostaliśmy odebrani z lotniska, co już wcześniej ustaliłam. Koszt tego przejazdu to 15 USD, niemało za 12 km, ale zależało nam na sprawnym dojeździe z powodu późnej godziny. Nocleg mieliśmy zarezerwowany w guest house on suvorovskij spusk. To niewielki i wygodny hotelik w centrum miasta, komunikacja mailowa w języku ang.  funkcjonowała sprawnie, za co są godni polecenia. Nie podawano tam śniadania, tak więc dość szybko udaliśmy się na pierwsze zwiedzanie. Simferopol przywitał nas ulewą, ale to już klasyk. Jakieś fatum pogodowe nad nami wisi, bo nawet w tropikach witają nas chmury i deszcz. ;)

Nie planowaliśmy dłuższego pobytu tamże, naszym celem było dotrzeć jeszcze tego samego dnia do Teodozji, gdzie mieliśmy zarezerwowany hotel. Komunikacja na Krymie jest dobrze zorganizowana, bez problemu udało nam się kupić bilety na autobus. W sezonie autobusy kursują często, a bilety zawierają miejscówkę, więc jest kulturalnie i bez napięcia. Tylko my woły, władowaliśmy się do nie tego autobusu zajmując czyjeś miejsca ;) Dzięki temu zrozumieliśmy system! Autobusy odjeżdżają nawet w odstępach co 15 - 20 minut, dlatego poza miejscem należy sprawdzić również, czy nadeszła pora odjazdu. Cena przejazdu z Simferopola do Teodozji za trzy miejsca oraz dwa bagaże to ok 50 zł.

Simferopol - sceny z miasta

Simferopol - Trolejbus na placy dworcowym

2. Teodozja

Zaskakująco sprawnie i szybko dojechaliśmy. Teodozja położona jest trochę peryferyjnie i uchodzi za kurort, choć oficjalnie tego statusu nie posiada. Nasz hotel, jak się okazało  mieścił się blisko dworca autobusowego, co było wygodne. Niestety był dość daleko od centrum, trochę się tam nachodziliśmy. Mieliśmy za to okazję poznać Teodozję od tej mało reprezentacyjnej strony. Miejscowość nie przypadła nam do gustu. Gdyby nie opłacony hotel, który nie jest godny polecenia (Dream Hotel), to już wcześniej  ruszylibyśmy w dalszą podróż. Spędziliśmy tam ostatecznie 2,5 dnia. Wystarczyło, aby zwiedzić trochę miasto, głównie na piechotę - jeszcze nie wiedzieliśmy jak się jeździ marszrutkami.

Teodozja - powrót do przeszłości
 Mimo zmiennej pogody posiedzieliśmy  również na plaży. Plaża jest dość wąska, lekko kamienista i przerwana jakimś kanałem czy rzeką, odpada więc dłuższy spacer. Ponieważ byliśmy w wakacyjnym sezonie było dość tłoczno. Poza Rosjanami nie było tam obcokrajowców. My wtopiliśmy się w masę i nikomu przez myśl nawet nie przeszło, że nie jesteśmy swoi i co za tym idzie, że nie rozumiemy dobrze języka. Czasem ludzie się dziwili, zazwyczaj byli wyluzowani, zaciekawieni i chętnie wdawali się w rozmowę... no i jakoś tak po polsku i rosyjsku się dogadywaliśmy. Podpadł nam porządek oraz...brak chamstwa. Papieroski palone przy koszu na śmieci, butelki odstawiane do skrzynki, dzieci korzystają z wielu ulg, a nad wszystkim czuwa Pan Uważacz w spodniach moro. Zaskoczyło nas to, bo nasze wyobrażenia szły raczej w odwrotnym kierunku.

Morze się burzyło i miotało algami, ale dziecko miało frajdę!
Jeżeli zaś chodzi o jadło, to mieliśmy raj na ziemi, miodzio w ustach i w ogóle pycha. Natrafiliśmy na bar mleczny, gdzie w bardzo klasycznym stylu podawano obiady, a pani zliczała wszystko na liczydle! Wczasowicze  w porze obiadowej  ustawiali się tam w kolejce, co oczywiście jest dobrym znakiem. Obiad to był zdecydowanie highlight dnia - tanio, smacznie i swojsko. Nie szukaliśmy już innej jadalni.

Teodozja - jadalnia pierwsza klasa!

Teodozja - Budka z kwasem, mniam
Teodozja nie jest mała, obejść na piechotę to już większa wycieczka. Miasto jest dziwnie rozplanowane, bo plaża od reszty odcięta jest torami kolejowymi. Nie ma mowy o urbanistyce i planowaniu miasta, wszystko wydaje się przypadkowe i nieprzewidywalne. Pod względem architektury czuliśmy lekki niedosyt, za to przyglądanie się ludziom było niezmiernie ciekawe!
Nie spotykaliśmy w ogóle okularników, za to my oboje nosimy okulary i zwracaliśmy tym na siebie uwagę :) Nam podpadło jeszcze, że prawie wszyscy mają niebieskie oczy!

Teodozja - sceny z miasta
Teodozja - widok na cerkiew z dworca autobusowego

Polecam tę miejscowość jedynie w trakcie dłuższej podróży, kiedy to nie liczy się każdy dzień. Być może w następnych latach wiele się tam zmieni, bo byliśmy świadkami odnawiania centrum, które jest stare i bardzo sympatyczne. Ale według mnie nie jest to miejsce, które trzeba koniecznie odwiedzić. Mój bliski znajomy, którego babcia tam właśnie mieszka, przyznał się, że wytrzymuje tam najwyżej dwa dni. U nas było podobnie. :)

To tyle jak narazie. Miłego czytania i do następnego!

Moni

update
tutaj część druga 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Torebka zza krat

 Witam!

Nie bardzo wiem, jak w jednym zdaniu opisać, o czym będzie dzisiejszy post. Ale będzie niepospolicie, tyle na zachętę. :) Zanim przejdę do tytułowej torebki kilka słów wstępu, powoli dojdziemy do sedna oraz zdjęć.

Zakład karny JVA Berlin - Tegel to najstarsze (działa od 1898r.) i największe więzienie w Niemczech. Jednak nie z tego powodu tutaj o tym wspominam. Odbywający tam karę mężczyźni mają możliwość pracy w znajdujących się na terenie więzienia warsztatach. Ich wyroby zaś sprzedawane są w ... więziennym sklepiku, który Łuk i Mała Mi w ramach wakacyjnych wycieczek odwiedzili.


Dzięki temu mam kilka zdjęć, a sam projekt jak najbardziej popieram i uważam za godny opisania. Poza gotowymi przedmiotami, można zlecić tam np. prace tapicerskie. Ten przybytek zwolniony jest z odprowadzania podatku, dzięki czemu ich ceny są trochę niższe, za to prace praktycznie unikatowe.

Co powiecie na torebkę?






No dobra, te lampy nie całkiem są w moim stylu.


Za to z tych metalowych mebli coś bym wybrała:


Ciekawi mnie, czy w Polsce lub innych krajach znane Wam są takie miejsca? Idea raczej nie jest pionierska. Tutaj fascynuje mnie organizacja i logistyka całej tej akcji, bo w tym zakładzie mieści się  około 1300 osób.

Pozatym odnajduję się w nowej czasoprzestrzeni, czyt. w nowej pracy. Trzeba opuścić utarte ścieżki i od nowa się zorganizować. Ciekawe, czy uda mi się jakoś pogodzić przyjemność z pisania bloga z resztą obowiązków. Narazie czuję totalny spadek kreatywności, co spowodowane jest chyba głównie niewyspaniem. W tej jeździe bez trzymanki, bo tak odbieram ostatnie dni, udało mi się bez szwanku i w miłym towarzystwie wskoczyć w nowy rok życia, nie powiem który, bo się czuję młodziej :D

A tak wogóle to niebezbiecznie jesiennie się zrobiło. Czy ja pisałam o upałach?! Minęły nagle i obawiam się, że w tym roku bezpowrotnie. Za to można znów rozpalić wieczorem na działce ogień i jest fajnie.

Pozdrawiam Was, do następnego!
Moni


niedziela, 4 sierpnia 2013

Smak lata

Witam!

Lato wprawdzie w pełni, ale tutaj skończyły się już niestety wakacje. Pora wrócić do obowiązków. Zmiana tym większa, że i ja - po przyjemnej przerwie - wracam do pracy. Ostatnie dni upłynęły na przygotowaniach do nowego roku szkolnego i przyzwyczajaniu się do nowego trybu.

Jak na ironię, lato rozpanoszyło się na dobre i funduje nam śródziemnomorskie temperatury. To dobrze, nadal wolę upały niż mrozy. Łapię więc każdy promyk, przyda się zimą.

Sierpień kojarzy mi się głównie z ciepłem, wakacyjną labą oraz smakiem arbuza, którego uwielbiam pod każdą postacią! Wakacyjne luzy niestety już za nami, za to arbuzem zajadamy się na wyścigi. W upalne dni  najlepiej smakuje nam dobrze schłodzony.


A Wy, jakie macie sposoby na ten rozleniwiający upał?

Pozdrawiam i do następnego
Moni

czwartek, 1 sierpnia 2013

Jest takie miejsce...

Miejsce, skąd nie pochodzę ani raczej nigdy nie zamieszkam na stałe. Obcy rzadko się tam zatrzymują, bo jak najszybciej chcą dojechać do morza oddalonego o kilka kilometrów. Nawet w wakacyjnym sezonie panuje cisza, no chyba że szaleją ptaki. Miejsce odkryte przypadkiem, oddalone od Berlina jakieś 250 km na północny-wschód. Idealne na dom, taki z ogromnym ogrodem, dla wielkiej rodziny.

W tym właśnie miejscu powstał dom. Dom marzeń, wyjątkowy, jedyny. Budowany długo, na odległość, z pasją i z wyrzeczeniami. Dopieszczony, zadbany, przemyślany. Ma zadatki na dom z duszą, ale to za kilka lat. Do tego właśnie Domu na wsi pojechała skrzynia, o której już pisałam. Otoczony ogrodem, sąsiadujący z lasem oraz dziwną rzeką. Rzeka jest Dziwna, bo płynie raz do morza, a raz jakby wraca - zmienna jak kobieta. 

Dom moich Rodziców. Podziwiam Ich za to.




Magnolia, zakwitła w tym roku po raz drugi






Pozdrawiam i dziękuję, że zaglądacie!

Moni