czwartek, 27 czerwca 2013

Potwory i spółka

Witam!

Przestawię Wam dziś nowe oblicze starej szafeczki. Tytuł posta oddaje skojarzenie, które mi się nasuwa patrząc na nią. Ta mała szafka wisi w ogródkowej chatce w pokoju Małej Mi. Akurat pokój to dumna nazwa, bo pomieszczenie ma jakieś 4 metry kwadratowe. Niemniej idealnie nadaje się na kącik dla dziecka.

Działkę z małym domeczkiem (ok. 33 mkw) dzierżawimy od dwóch lat. Nie chcemy tam poważnie inwestować, staramy się więc tanim kosztem i pomysłem oswoić tę przestrzeć. Zadanie to nie zawsze jest łatwe, bo nasz poprzednik był - jakby to delikatnie określić - kreatywny inaczej. Tzn., w łazience mamy ok. 5 rodzajów płytek kafelkowych, które położone są bardzo dowolnie, czyt. krzywo. Dodam, że łazienka jest malutka i jeden rodzaj w zupełności by wystarczył. :)

Taki stan ma oczywiście też swoje plusy: można poszaleć, bo wszystko jest takie trochę z przymrużeniem oka. Tak jak dzisiejsza szafka, którą zrobił jeszcze nasz poprzednik. Podejrzewam, że z pozostałości po jakiejś meblościance (nie znalazłam niestety zdjęć "przed"). Łuk jednynie obił ją materiałem, który kojarzy mi się z potworkami.




I co, przygarnęlibyście takiego potworka?
Pozdrawiam serdecznie,

Moni

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Domowe niezbędniki nr. 3 - słoje, słoiki, słoiczki

Cześć!

Dzisiejszy temat nie wymaga wielu słów. 
Słoiki opuściły spiżarki i weszły na salony. Dosłownie. Weszły również do łazienek, pokoi dziecięcych, kuchni. Można użyć ich do dekoracji wszelakich oraz przechowywania prawie wszystkiego. Niedrogie, praktyczne i ozdobne.

W moim domu niepozornie i cichaczem opanowały wszystkie kąty, a w ogrodowej chatce są wyposażeniem numer jeden i to nie z powodu przetworów.  Chociaż w sezonie letnim muszę czasem  przedysponować i zrobić z ozdobnych naczyń (nie)zwykłe słoje na kompot lub dżem.  Szał na słoje opanował mnie do tego stopnia, że kupiłam kiedyś kilo oliwek, bo w pięknym słoiku były.... nie muszę już chyba nic więcej dodawać, prawda? :) Co ładniejsze okazy zachowuję i w razie potrzeby mam pojemnik. Lubię przeźroczyste szkło, więc słoiki pasują do reszty. Tworzą taki swojski klimacik, który bardzo mi odpowiada.

Pinterest proponuje inspiracji bez liku, jedna piękniejsza od drugiej. U mnie znajdziecie przykłady  codziennego zastosowania. Real life poprostu :)













Jeszcze kilka ujęć z ogrodowej chatki:








Wersja de luxe: (więcej tutaj)


Czy u Was słoje również się tak panoszą? :)

Pozdrawiam!
Moni

PS. Inne (subjektywne) niezbędniki: numer jeden, numer dwa :)

wtorek, 18 czerwca 2013

Wakacje!

Tak, tak - to nie błąd. Dziś ostatni dzień szkoły. Dla nas szczególny, bo Miriam kończy pierwszą klasę. Od jutra w Berlinie WAKACJE! W Niemczech każdy kraj związkowy ma inny termin wakacji i jest on ruchomy, czyli co roku jest inaczej. Jedynie ich długość jest niezmienna - niestety. NIESTETY, bo letnie wakacje trwają tylko sześć tygodni. Planujemy wykorzystać ten czas na maksa ;). Tymbardziej, że wyjątkowo mogę go spędzić z Małą Mi w całości.

Ale dziś jeszcze luzik, dzień przebiega według MOJEGO rytmu, znajdzie się czas na kawę i chwilę zadumy. Od jutra rządy przejmuje Mała Mi, będzie się działo!


Nadal rozmyślam nad layoutem, tak więc i ta szata jest raczej przejściowa. Stwierdzam, że  ascetyczna biel to nie do końca ja. Ale projekt tworzy się powoli i chyba nie obędzie się bez technicznej pomocy Łuka. W międzyczasie nawiązują się ciekawe kontakty i znajomości,  ciągle się czegoś nowego uczę i poznaję interesujące blogi, nie tylko wnętrzarskie - wciągnęło mnie to blogowanie na dobre. Fajnie, że mi towarzyszycie w tym "eksperymencie", że tutaj zaglądacie, wracacie, komentujecie!


W zasadzie nic więcej nie mam dziś do powiedzenia :) 

Pozdrawiam serdecznie!

PS. Ktoś napije się ze mną latte macchiato?



poniedziałek, 17 czerwca 2013

Walizki

W podróż zazwyczaj wybieram się z plecakiem, a na krótkie wypady zabieram podręczną torbę. Klasyczną walizkę na kółkach posiadamy tylko w wydaniu mini i jest ona używana głównie do służbowych wyjazdów. Dlaczego więc w tytule walizki? Na dodatek w liczbie mnogiej?  Zaraz wszystko się wyjaśni...


Czasem mam wrażenie, że niektóre rzeczy znajdują nas, a nie odwrotnie. Tak było z walizkami, o których dziś mowa. Mamy trzy, każda ma swoją historię i żadna z nich nie była planowanym zakupem. Dwie walizki wogóle nie były zakupem, tylko są zwykłymi znajdami. Dla nas jednak są niezwykłe...


Pierwsza od góry, czarna, to chyba najmłodsza z tych trzech. Znalazłam ją przy naszym śmietniku :) Nota bene, tutaj lokatorzy często coś odstawiają. Rzeczy im niepotrzebne, ale w dobrym stanie. Już kilka "skarbów" tak złowiliśmy. My z kolei też czasem coś odstawimy, zaglądając kiedy zniknie...
Walizka stała w deszczu, ale była w bardzo dobrym stanie. Była opakowaniem dla trzydziestu trzech dzieł Goethego. Podoba mi się to połączenie książek i walizki. Oczywiście znalazłam ją bez zawartości, a szkoda.


Środkowa walizka, brązowa i najbardziej sfatygowana, a raczej wysłużona, to nieplanowany zakup na pchlim targu. Spontaniczna niedzielna przejażdżka tramwajem numer 13 do stacji Warschauer Strasse (czyli do ulicy Warszawskiej ;)) zawiodła nas na pchli targ. Chcieliśmy tylko się przejść... Wróciliśmy z rowerkiem dla Małej Mi, słoikiem (!) oraz walizką. Kupiona za 4 euro/16 złoty, zużyta, bez uchwytu. Jakaś dziewczyna trzymała w niej ubrania na sprzedaż. Była pomysłowa, bo rączkę zrobiła ze starej drewnianej łyżki i gwoździ. Nie mam już tej łyżki, ale nie jest nam potrzebna, bo walizka przeszłą na zasłużoną emeryturę. Teraz trzymam w niej najróżniejsze pamiątki.


Ostatnia walizka, chyba najładniejsza, dobrze wykonana i nadal w dobrym stanie, to również znajda. Znalazł ją Łuk podczas dłuższego służbowego pobytu w Zagłębiu Ruhry, stała sobie na chodniku i chyba na niego czekała.

Kilka detali:




Pokażę Wam jeszcze, gdzie trzymam te walizki normalnie, choć muszę dodać, że od czasu do czasu zmieniamy ich miejsce. Dwie trzymamy na szafie, w sypialni. Trzecia zdobi kredens w salonie.


Relacje z podróży, mapa, globus, a teraz walizki. Moje wpisy kręcą się, niezamierzenie, dookoła jednego tematu. Chyba podświadomie tęsknię już za urlopem...

A Wy, moi Drodzy Czytelnicy, planujecie już wakacje? My szykujemy się do pobytu na Krymie, czy ktoś z Was był i ma jakieś przydatne informacje?  A może podczytywacze z Ukrainy podsuną  kilka wskazówek z pierwszej ręki? Jedziemy indywidualnie i wypróbowane triki oraz wszelkie ciekawostki są w cenie! :)


Pozdrawiam Was słonecznie i przedurlopowo!
Moni

piątek, 14 czerwca 2013

On the road

Kochani!

Zaczyna się weekend. Wpadam tutaj na chwilkę, życzyć Wam słońca i udanego odpoczynku.
Tych z Was, którzy jeszcze nie czytali, w wolnym czasie zachęcam do lektury moich wspomnień z Wietnamu. Wszystkich zaś zapraszam w następnym tygodniu, kolejny post już przygotowany, pozostaniemy w klimatach podróżniczych, ale nie zabraknie też pomysłów na dekoracje...  narazie nic więcej nie powiem. :)

U nas zapowiada się piękna pogoda, Mała Mi spędzi weekend z babcią, a my na działce. Zobaczcie, co mamy jeszcze w planie....


Cieszę się jak dziecko! :)

Pozdrawiam słonecznie z bananem na buzi :), miłego weekendu!

Moni

PS. W layoucie ciągłe zmiany, jeszcze szukam swojego "odcisku palca" i oswajam się z graficznymi trikami. Podsuńcie jakieś pomysły, jak zrobić fajny baner oraz takie dot. łatwości czytania - będę wdzięczna!

środa, 12 czerwca 2013

Pocztówka z podróży - Wietnam cz. 4 , ostatnia


Witam!

Zapraszam na ostatnią część relacji z podróży do Wietnamu. Poprzednie rozdziały do przeczytania tutaj: część pierwsza, część drugaczęść trzecia.

Wietnam - dwa tygodnie z dzieckiem, plecakiem i na własną rękę

Wietnamska kuchnia, czyli wyżywienie 

Podstawą sprawnej organizacji wyżywienia w naszym przypadku jest kasa FUJ, czyli Fundusz Umożliwiający Jedzenie. :) Ta nomenklatura wymyślona przez Łuka ma w międzyczasie bardzo długą historię. System sprawdza się świetnie na wyjazdach wieloosobowych. Sprawa jest prosta: Każdy wrzuca do kasy FUJ taką samą kwotę, pieniążki trzyma skarbnik. Nie ma ciągłego rozliczania się przy wspólnym stole, a jak ktoś zaszaleje z zamówieniem dokłada dodatkową sumę do kasy FUJ. :)
Co do kuchni wietnamskiej zacznę może od informacji ogólnej: Jedzenie w Wietnamie jest przepyszne! Nie zawsze wprawdzie dostaje się to, na co się liczyło, ponieważ zamówienie odbywa się na migi - przynajmniej w naszym wydaniu. Każdy posiłek to przygoda sama w sobie, ale nigdy nie głodowaliśmy! :)

garkuchnia - Hanoi Oldtown (sanepid miałby co robić!)

Wietnamczycy dzień zaczynają od zupy, porównywalnej do naszego rosołu z makaronem. W hotelach nastawionych na obcokrajowców otrzymamy również naleśniki lub jajecznicę, ale warto dopasować się do ich przyzwyczajeń, przynajmniej na czas pobytu. Nie żywiliśmy się w jakiś drogich restauracjach, tylko w takich przenośnych garkuchniach. Niektóre miejsca mają tylko jeden rodzaj zupy, więc zamawianie jest proste. Oczywiście w kwestii żywienia brak znajomości języka daje się najbardziej we znaki, ponieważ umyka wiele ciekawych informacji i nie wszystko da się zamówić na migi. Ponieważ jadaliśmy głównie w miejscach, gdzie stołują się tubylcy, zazwyczaj pokazywaliśmy dyskretnie palcem na talerze innych. Bywaliśmy też w mniej egzotycznych lokalach z kartą, czasem nawet po angielsku! Podstawowe słowa (zupa, ryż, kawa) "opanowaliśmy" po wietnamsku i głodówka nam nie groziła. W garkuchniach jest często ograniczona ilość potraw i wszystko wystawione jest przed panią, która podaje jedzenie. Można przynajmniej przyjrzeć się temu, na co wskazuje się palcem. Do wszystkiego dodawany jest ryż lub makaron ryżowy. Jedzenie, nie dość że pyszne, jest jeszcze zdrowe. Wszystko na bieżąco przywożone jest z targu, króluje zielenina dotychczas niesklasyfikowana przez nas. :) W ogóle w trakcie jedzenia mieliśmy wiele miłych spotkań z Wietnamczykami. Częstowanie herbatą i pomarańczami, gotowanie z pozostałości na krótko przed zamknięciem, zabijanie kury na zamówioną przez nas zupę, próby rozmowy. Ani razu nie zostaliśmy oszukani lub źle potraktowani, a zupę można było zjeść już za euro do dwóch (4 - 8 złoty). Z deserami było różnie, zazwyczaj kończyło się na wietnamskiej kawce z mlekiem skondensowanym i coca-coli dla dzieci. Na wyspie Quan Lan mieliśmy okazję być na targu, gdzie wczesnym rankiem sprzedawano świeże ryby, warzywa, owoce oraz różne lokalne przysmaki.
W sumie kuchnia smaczna, lekka (ubył mi kilogram na tym urlopie!) i bardzo zróżnicowana. Podstawa to zupa (pho) i ryż, z mięsa głównie drób i wołowina oraz ryby i inne owoce morza, pozatym zielenina we wszystkich odmianach.
Co ciekawe nikogo z nas nie dosięgnęła zemsta Montezumy ;) Wspominam o tym, bo dotychczas zawsze kogoś trafiło, czasem chorowali też wszyscy. Byliśmy więc nastawienie na takie dolegliwości, a tu taka pozytywna niespodzianka. :)

obiad w Hanoi

przerwa obiadowa w dzielnicy bankowej - Hanoi

podjechał sklep z bananami
poranny targ - Quan Lan Town

trzcina cukrowa na deser - Hanoi

Co do napojów: W Hanoi napiliśmy się  popularnego tam jednodniowego piwa (bia hoi). Podobno recepturę przywieźli do Wietnamu Czesi. Piwo jest lekkie i ma małą zawartość alkoholu, dobrze smakuje po dniu spędzonym na zwiedzaniu, nie grozi bólem głowy. Za to w Hoi An znajomi kupili snake wine, czyli wódkę z wężem w butelce. Dopiero potem doczytali się, że nie mogą tego przywieźć do Niemiec. Trzeba było więc wypić. Mi wystarczył zapach tego wysokoprocentowego alkoholu, aby zrezygnować z konsumpcji. Reszta ekipy nie zawiodła, ale od smaku i zapachu trunek otrzymał nową nazwę - ścierwo. Nic więcej na ten temat. :)

snake wine i zawartość butelki
kawa po wietnamsku

Ludzie i obyczaje

dumny mieszkaniec wyspy Quan Lan

Nie spotkaliśmy się w żadnym momencie z jawną wrogością. Swoim wyglądem (wysocy, kręcone włosy, jasna skóra, piegi, okulary) budziliśmy zainteresowanie. Dla nich to MY byliśmy egzotyczni (w naszym wewnętrzym slangu byliśmy poprostu dziwolągami!). Szczególnie odczuliśmy to na małej wyspie Quan Lan. Podczas naszego spaceru ludzie wychodzili na ulicę, babcie nas dotykały i  zaczepiały nas zaciekawione dzieciaki... Byliśmy głodni i ta szopka nie należała do przyjemnych. Zainteresowanie wzbudzały też nasze dzieci, szczególnie Miriam, bo N. to już poważna panna. Ciągle ją ktoś głaskał i kobiety na migi pokazywały, że chciałyby Miriam zabrać ze sobą, co dla Mi było mało przyjemne, ale nie były to sytuacje groźne.

Dla mnie Wietnamczycy nie są egzotami, bo w Berlinie jest ich niemało. Ale ich mentalność mnie fascynuje i wzbudza lęk zarazem. Nigdy nie wiadomo, co ci ludzie myślą, a brak komunikacji tylko to uczucie potęguje. Nie chcialabym komuś z nich poważnie podpaść. :)
Wietnamczycy (zresztą inni Azjaci też) nie zaprzeczają, co prowadzi czasem do błędnej interpretacji.

Hoi An

W Hanoi (nie wiem, czy w innych miejscach też) nad ranem wszyscy wychodzą na ulicę i praktykują kulturę fizyczną. Coś niesamowitego. Dwie babcie przy ulicy machają ramionami, inna para rozciąga siatkę i gra w badmingtona, na skwerku cała grupa podskakuje za głosem płynącym z megafonu. Nie widzialam jeszcze czegoś takiego!

Pisałam już, że brak znajomości języka nie jest akurat ułatwieniem. Nie można oczekiwać też, że ludzie rozumieją po angielsku. Ale w turystycznych miejscach zawsze znalazł się ktoś, z kim można było się dogadać, choć wskazana jest cierpliwość. Kilka osób nas zaskoczyło, bo słysząc nasz polski, zagadywali do nas po rosyjsku! Jak się okazało, wielu z nich jeździ do Rosji do pracy.


Przyjaźń polsko-wietnamska

pod parasolem lokalna piękność

Jak widać na zdjęciach ja przy tych kobietach jestem wielkoludem. Odpadało więc np. kupowanie ubrań, chyba nie znalazłabym odpowiedniego rozmiaru :) Przyciągała ich uwagę również nasza biała skóra, tymbardziej że biali jesteśmy bardzo! W końcu zrozumiałam, o co chodzi. Ich ideał piękności ma jasną cerę! Dlatego często widywaliśmy kobiety kryjące się przed słońcem pod parasolami. W jednym z hoteli znaleźliśmy...wybielający żel do mycia, którego oczywiście NIE użyłam, aby nie zmyć cennej opalenizny! ;)


Jeżeli chodzi o ceny, zazwyczaj można się potargować. Jedynie w większych sklepach, gdzie ceny były z góry określone oraz jadalniach tego nie robiliśmy. A w targowaniu się jesteśmy przećwiczeni! Myślę, że Wietnamczycy nas nie docenili. :) W tym kontekście zaobserwowałam cechę, z którą przedtem w Azji się nie spotkałam. (Wiem, że to porównania na wyrost, chodzi mi jedynie o doświadczenie jako turysta.) Tylko w Wietnamie zdarzyło nam się kilkakrotnie, że po wytargowaniu ceny i zrealizowaniu usługi, byliśmy naciągani nagle na inną, wyższą kwotę. Lub po fakcie okazało się, że owszem obiad jest w cenie (wycieczki) ale napoje już nie i takie tam. Wprowadzało to taki trochę niefajny klimat. Z drugiej strony, będąc grupą zawsze ktoś zachowuje zimną krew i nie daliśmy się ani razu poważnie oszukać, tymbardziej że takie triki wszędzie są podobne.

zakład fryzjerski pod transformatorem - Hanoi

sklep na wyspie Quan Lan


Last but not least

Jeżeli chodzi o architekturę i wystrój wnętrz, to mam mało do powiedzenia. Dzięki temu, że jest ciepło, życie toczy się na ulicy. Mieszkania wydają się mało przytulne i raczej nie ma podziału typowego dla nas: salon, sypialnia, pokój dziecka. Indywidualność chyba nie ma priorytetu. To co widzieliśmy z zewnąrz, nie powaliło nas estetyką, bardziej jej brakiem. Tu i ówdzie można rozpoznać kolonialne wpływy w budowlach.

Hanoi


Hanoi

W Hanoi widziałam piękne klatki dla ptaków, wykonane z bambusa i tak modne u nas. Niestety nie kupiłam i trochę teraz żałuję. Z hajlajtów wspomnę jeszcze o grającej śmieciarce, oraz o tym że grała głośno i wcześnie :) 


Hanoi

Podsumowując była to dla mnie jedna z bardziej egzotycznych wypraw. Mocno te przeżycia na mnie wpłynęły. Już z powodu odległości od domu  nabiera się dystansu do pewnych spraw i na nowo wartościuje inne. Pozbywam się również takiego europejskiego egocentryzmu i podziwiam, że czasem całkiem inne rozwiązania lub systemy równie dobrze funkcjonują. Ta podróż była też cenniejsza niż wiele warsztatów rozwojowych. :) Pokazała nam, jak potrafimy  rozwiązywać nieprzewidziane sytuacje i jak wtedy obchodzimy się ze sobą. Mogę powiedzieć, że ten "test" dobrze zdaliśmy, jedynie głód jest w stanie poważnie wpłynąć na harmonię, ale i o tym już wiemy. :)

Dzieciatych mogę uspokoić. Wprawdzie nie spotkałam chyba ani jednego placu zabaw, ale Miriam i tak dobrze się bawiła. Spędzanie czasu razem, szukanie kotków i jaszczurek, poznawanie nowych rzeczy i ludzi, zabawa - to wszystko i dla niej było ciekawe. Jest już przećwiczona i naprawdę w żadnym momencie dziecko nie było "kłopotem". Wręcz odwrotnie - podróżującym z dzieckiem ludzie są wyjątkowo przychylni, szczególnie w krajach, gdzie dzieci są mile widziane, co w Europie oczywiste nie jest. ;)


Osobiście nie polecam Wietnamu na początek podróżowania po Azji dla globtroterów z małym doświadczeniem lub w ogóle bez. Podróże z biura podróży się nie liczą. :) Z doświadczenia mogę powiedzieć, że np. Tajlandia jest turystycznie dużo lepiej nastawiona na obcokrajowców z Europy, Ameryki i Australii.  Większość mówi po angielsku i infrastrukura jest bardziej swojska. Jest poprostu wygodniej. 
Dla przejechania całego Wietnamu dwa tygodnie to za mało, dlatego skoncentrowaliśmy się na północy. Nie chcieliśmy wyłącznie odhaczać celi.

Teraz naprawdę wyczerpałam ten temat. :) Dziękuję, że z takim zainteresowaniem śledziliście te relacje nie zniechęcając się rozmiarami wpisów. Jeżeli ktoś z Was planuje wyjazd i ma jakieś pytania, chętnie odpowiem na nie w mailu lub komentarzach.


Pozdrawiam serdecznie!
Moni

PS. Bonus zadedykowany Łukowi (zdjęcia wybrane na jego życzenie:D)

wąż w 'polsporcie' (z lat 70tych!)

no comment :)