niedziela, 26 maja 2013

Kup sobie kwiaty!

 

Cześć!

Wiosna i lato to czas świeżych kwiatów. Czy kupujecie sobie dziewczyny czasem kwiaty? Same? Dla siebie? Jeśli tak, to bardzo dobrze! Jeśli dotychczas jeszcze tego nie robiłyście, to najwyższa pora. :) Możecie od razu wykorzystać pomysł, który Wam dziś przedstawię.
Zawsze marzyłam o ogromnych bukietach i przepełnionych wazonach, tak jak w kwiaciarni. :) Moje skromne próby, aby uzyskać taki efekt z jednego bukieciku raczej dotychczas dalekie były jednak od powodzenia. Ostatnio wykorzystałam metodę podpatrzoną w sieci, która bardzo się sprawdziła. Zobaczcie same:
Mały bukiet, taśma klejąca, nożyczki - to wszystko!







Kwiatki były marniutkie, a wyszło całkiem przyzwoicie, będę napewno częściej korzystać z tej prostej metody. Zobaczcie rezultat:






Tutaj jeszcze fotki z rozwiniętymi pąkami.



Macham do Was, do następnego!
Moni


czwartek, 23 maja 2013

Pocztówka z podróży - Wietnam cz. 2

Połów krabów na wyspie Quan Lan - Wietnam 2012

Witam Was!

1) Wstęp do tego wpisu, czyli cz. 1 tutaj.
2) Nie spodziewałam się tak dużego zainteresowania tematem i tylu zachęcających komentarzy, bardzo mnie to zmobilizowało - DZIĘKUJĘ!
3) Uczciwie ostrzegam, że to NIE będzie krótki post ;)

Zaczynamy!

Wietnam - dwa tygodnie z dzieckiem, plecakiem i na własną rękę

Trasa

Hanoi - Hoi An - Dong Hoi - Quan Lan - Hanoi


Wietnam 2012 

Trasa nie była z góry zaplanowana na 100%. Ograniczeniem było jedynie miejsce przylotu/odlotu (Hanoi) oraz  czas pobytu. Chcieliśmy - poza poznaniem jak najwięcej - przejechać się legendarną koleją (do Hoi An), która ciągnie się z Hanoi do Ho Chi Minh City (kiedyś Sajgon), obejrzeć Paradise Caves i odsapnąć na jakiejś fajnej plaży.


Mobilny sklepik - Hanoi Old Town
Hanoi Old Town
Hanoi Old Town - wyroby z bambusa

Dwa pierwsze dni spędziliśmy w Hanoi, głównie w starym mieście. To stara dzielnica handlowa i do dziś ulice są podzielone tematycznie: zabawkowa, ziołowa, bieliźniana, metalowa... wszystko wystawione na ciasnych chodnikach. Za to na wąskich ulicach niepodzielnie panują skutery, dlatego piesi (czyli MY) nie mają łatwo. Jest głośno od klaksonów, śmierdzi spalinami, a przejście przez ulicę to sztuka, bo trzeba wpasować się w ten flow. Czasem warto było wsiąść w taksówkę i przejechać nawet krótki odcinek, aby uciec na chwilę od zgiełku. Dla żądnych atrakcji są też riksze, w których na luzaku godzinkę można zwiedzać ulice starego miasta  nie marnując nóg. Jednak mimo pewnych niedogodności jako rozglądający się pieszy ta żywotność jest energetyzująca. Na ulicach tętni życie, mieszają się najróżniejsze zapachy i dźwięki. Wszystko jest ciekawe. W Hanoi znajduje się Mauzoleum Ho Chi Minh, w którym nie byliśmy z braku czasu i zainteresowania tego typu miejscami. Jednak w tej okolicy jest również piękny park, gdzie można odsapnąć, bo cała okolica jest nieprzejezdna dla samochodów. To takie pokazowe miejsce, na każdym kroku mundurowi dbają o nienaganne zachowanie odwiedzających. Przez przypadek dojrzeliśmy w tamtej okolicy polską ambasadę. Dzięki temu nauczyliśmy się, że Polska po wietnamsku to Ba Lan, a taka wiedza może okazać się cenna!

Ba Lan!
Ho Chi Minh - wiecznie żywy
Telekomunikacja :)

Udało nam się też zdobyć bilety do Teatru Lalek. Brzmi banalnie, ale teatr jest niezwykły (nie tylko dla dzieci), bo przedstawienie odbywa się na wodzie. To tradycyjna i stara sztuka z drewnianymi lalkami, muzyką obcą dla naszych uszu (choć dla mnie bardzo melodyjną) oraz nieznanymi instrumentami. Niestety nie pamiętam cen biletów, ale raczej przystępne. Kto ciekaw, może obejrzeć tutaj filmik (niestety nie mój). Wprawdzie jest to typowo turystyczna atrakcja, ale w tym przypadku można dowiedzieć się ciekawych rzeczy o tradycjach Wietnamu. Ważną informacją może okazać się fakt, że większość biletów jest zarezerwowana i spontaniczne odwiedziny teatru mogą się nie powieść. Nam się udało, choć graniczyło to z cudem! Otrzymaliśmy ostatnie 5 biletów, ponieważ ktoś je zarezerwował, ale nie odebrał.

Hanoi Old Town

Hanoi - real life

Poza zwiedzaniem, zwalczaniem jetlag, chłonięciem wszystkimi zmysłami, mieliśmy w Hanoi ważną misję. Musieliśmy zakupić bilety kolejowe, aby dostać się do Da Nang, skąd już taksówką dojechaliśmy do Hoi An, naszego następnego celu. Na dworcu w Hanoi sprawa była w miarę prosta - z panią w okienku można było mówić po angielsku. O przemieszczaniu się opowiem więcej w innym odcinku, a narazie przedstawię nasze dalsze etapy.

Podróż wietnamską koleją przeszła pozytywnie nasze oczekiwania
Droga jest celem :)

Hoi An to niewielka malownicza mieścina z pięknym starym miastem (jak się okazało, nie mam pokazowego zdjęcia - musicie uwierzyć na słowo) oraz małym portem na rzece i egzotycznym (dla nas) bazarem. To miasto krawców. Całe ulice zdominowane przez zakłady krawieckie, gdzie można zlecić szycie na miarę praktycznie każdej części garderoby. Wystawione materiały oraz propozycje robią wrażenie i nawet krótko daliśmy się ponieść fantazji, ostatecznie odstąpiliśmy jednak od pomysłu szycia na miarę. Trzeba założyć min. 3 dni na realizację, przy poprawkach dłużej. Nie chcieliśmy spędzić tam aż tyle czasu, ponieważ zbliżała się pora deszczowa i liczyliśmy się ze zmianą pogody.

Hoi An - bazar
Hoi An - port

Hoi An - plaża

Hoi An to napewno miejsce, gdzie można odpocząć, choć jest dość turystyczne. Jednak w tak egzotycznym miejscu odrobina znanej nam cywilizacji daje pewną ulgę. Można spędzić tam czas nad morzem (Chińskim), plaża jest szeroka i zadbana. W okolicach Hoi An znajdują się ruiny dawnego miasta dynastii Champa My Son. Udaliśmy się tam zorganizowaną wycieczką, którą wykupiliśmy w Hoi An w jednym z biur turystycznych. Dowóz przyzwoitym autobusem, oprowadzanie na miejscu i powrót statkiem, z nami oczywiście turyści z całego świata. Cena od osoby, o ile mnie pamięć nie zawodzi, to jakieś 6 euro/24 złoty (w cenie skromny obiad). Dzieciaki do ok. lat 6 za darmo. Jedyne, co nam mocno utkwiło w pamięci, to piekielna wilgoć i żar. Piszę to ja, ciepłolubna jaszczurka! Bez zagłębiania się w temat powiem, że właśnie w tej dżungli olśniło mnie, dlaczego Amerykanie nie mogli wygrać pamiętnej wojny z Wietnamem. Trudno o zachowanie w takich warunkach zimnej krwi, dosłownie. Jednak dla nas ciekawie było oddalić się od wybrzeża i poznać inny niż morski klimat oraz roślinność. Skracając pobyt w Hoi An o dzień z powodu deszczu, ba! ULEWY, której się zresztą spodziewaliśmy, udaliśmy się znowu na dworzec kolejowy w Da Nang, aby wyruszyć dalej. W tym przypadku oznacza to, że zaczął się nasz powrót na północ kraju.

ruiny My Son

My Son - znacznie zniszczone podczas wojny, teraz mozolnie restaurowane

Następnym naszym celem było miasto Dong Hoi. Tutaj zaplanowaliśmy bazę, z której dojedziemy do jaskiń znajdujących się niedaleko. Niestety deszcz nas gonił i mieliśmy katastrofalną pogodę. Sama miejscowość to NIE jest miejsce, które koniecznie trzeba w życiu zobaczyć. Troszkę zniechęceni pogodą i brzydotą miejsca poszliśmy na łatwiznę wykupując gotową wycieczkę do tychże jaskiń, aby nie przedłużać niepotrzebnie pobytu. Normalnie nie jesteśmy typowymi odbiorcami ofert dla turystów, bo jednak największą frajdę sprawiają nam indiwidualne rozwiązania i tzw. przebijanie się na własną rękę. Jednak czasem ważna jest prostota. Od osoby za tę wyprawę zapłaciliśmy ok. 27 euro/110 złoty. To był jeden z poważniejszych wydatków na miejscu. W cenie był dowóz naszej szóstki w luksusowych warunkach z mówiącym po ang. kierowcą do miejsca (ok. 45 min). Tam czekał na nas bardzo miły przewodnik, który również mówił po ang. Problem w tym, że my nie rozumieliśmy za wiele z powodu jego nietypowego akcentu.
Jaskinie odkryte przypadkiem dopiero w 2005 roku są naprawdę spektakularne. My odwiedziliśmy jedną z nich. Druga, do której wpływa się łódką,  była niedostępna z powodu opadów deszczu. Całość jest bardzo dobrze przygotowana dla turystów, więc właściwie każdy może się tam udać. Jedynie warto pamiętać o dobrym obuwiu, bo niektóre miejsca są śliskie. Ok. kilometr jest przygotowany dla widowni. Dla bardziej zagorzałych jest możliwość, aby przejść jakieś 8 kilometrów z latarką. My wybraliśmy opcję light :) Najfajniejsze w tej wyprawie było jedzenie, na które zostaliśmy zawiezieni potem. Ale o kulinariach będzie następnym razem.

Jaskinia Thien Duong

Jaskinia Thien Dong znajduje się w Parku Narodowym Phong Nha-Ke Bang

Dalszy program mieliśmy kompaktowy, ponieważ wieczorem, po powrocie z jaskiń, ruszaliśmy w trasę. Mieliśmy plan przedostać się na małą wyspę w zatoce Halong Bay. Posiadaliśmy tylko ogólne dane, ale byliśmy zdeterminowani i wyglądało na to, że nam się uda. Od tego miejsca byliśmy dobę w drodze! Z jaskiń, czyli z Dong Hoi wróciliśmy do Hanoi nocnym pociągiem. Dotarliśmy do Hanoi wczesnym rankiem. Taksówką pojechaliśmy na dworzec autobusowy (nie obyło się bez przygód, napiszę o nich jeszcze), aby udać się do Halong City (odległość to jakieś 200 km). Jakimś przepełnionym busem jechalismy tam 5 h, ta przejażdżka była psychodeliczna i mocno nadwyrężyła nasze nerwy! Tutaj dodam, że Halong City to punkt wyścia do rejsów statkiem po słynnej Halong Bay. My postanowiliśmy jednak zrezygnować z tej masówki. Wracając do opowieści:  Mieliśmy bardzo niejasne informacje, jak przedostaniemy się na wyspę. Celem było wsiąść na tzw. speedboat. Tyle że był problem takowy zlokalizować. Łuk w portowym okienku długo dogadywał się z panią i jak już myślał, że wszystko nagrane, to pani zapytała czy on chce wynająć skuter, bynajmniej nie wodny... tak to wyglądało. Gonił nas czas, speedboat okazał się widmem, więc trzeba było przystąpić do planu B. Czyli: złapać taksówkę, umówić cenę, władować całą szóstkę oraz co najmniej 6 plecaków różnej wielkości do samochodu, pogonić pana, bo musieliśmy dojechać do miateczka portowego Cai Rong, oddalone o 40 km. Wiedzieliśmy, że ostatni statek odpływa na Quan Lan, dokąd chcieliśmy się udać, o godzinie 17-tej, a była 16-ta! Musieliśmy też KONIECZNIE pobrać gotówkę, bo na wyspie nie ma bankomatów, o czym na szczęście przeczytaliśmy w przewodniku. Nie wspomnę, że byliśmy praktycznie bez jedzenia.

Makabryczny czerwony busik z panem naganiaczem - Hanoi o poranku

Plecakowy gang - nie do zdarcia :) - port Cai Rong

To wszystko odbywało się w upale i bez jedzenia. Ale nasza ekipa w zwartym szeregu działała sprawnie, nikomu nerwy nie puściły ;) Udało się! Cudem zdążyliśmy na statek, kupując uprzednio dużą colę, bo nie starczyło już czasu, aby coś zjeść. Najprzyjemniejszym etapem była przeprawa szybkim stateczkiem, który w 45 minut dowiózł nas do celu. Wyspa okazała się mniejsza niż się spodziewaliśmy. Ale spędziliśmy tam bardzo udane, spokojne trzy dni na bezludnych plażach i pełnym luzie. Opłacała się ta odyseja, aby tam dotrzeć. Powrót do Hanoi był już dużo prostszy i wygodniejszy. Koło się zamknęło, starczyło czasu na zakupy i ostatnią noc spędziliśmy w punkcie wyjśćia naszej małej wyprawy.

Wyspa Quan Lan - szkoła zaczyna się o 7.00!

Wyspa Quan Lan - kąpielisko dla bydła
Wyspa Quan Lan - nasze kąpielisko :)

Quan Lan Town - widok z hotelu na główną ulicę
Na dzisiaj to wszystko. Ale relacja jeszcze nie jest pełna, następnym razem opowiem Wam o praktycznej stronie czyli transporcie, noclegu oraz  wyżywieniu. Last but not least będzie też o ludziach oraz ciekawostkach, które zaobserwowaliśmy. Zapraszam wkrótce na część trzecią!

Moni

update: 
cz.1,  cz.3,  cz.4

wtorek, 21 maja 2013

Karnawał Kultur w Berlinie


  

Witajcie!

Dzieje się. Kolejny długi weekend za mną. Czas w ogródku, bo tam spędzamy teraz weekendy, to jednocześnie czas bez komputera. Z wyboru mamy tam jedynie radio. Tak więc ostatnio nie nadążam z blogowaniem: Ani z zapowiedzianymi postami (nadal płodzę wpis o Wietnamie), ani z odwiedzaniem Waszych blogów. Ale mam zdjęcia z najlepszej - moim zdaniem - imprezy w Berlinie, więc je Wam przestawię.


Karnawał Kultur, bo o nim mowa, odbywa się już od wielu lat, zawsze w Zielone Świątki. Wtedy mamy tutaj długi weekend, bo poniedziałek jest dniem wolnym. Sama nazwa mówi właściwie za siebie i nie muszę wiele dodawać, bo zdjęcia opowiedzą resztę. 


Pochód, który jest głównym punktem tej imprezy ciągnie się przez dzielnice Neukoelln oraz Kreuzberg. Oczywiscie nie jest to przypadek, to dzielnice, w których mieszka bardzo dużo obcokrajowców. Grupy różnych narodowości, zazwyczaj taneczne, w pięknych strojach i dopracowanej choreografii paradują w rytm muzyki. Równocześnie przy Bluecherplatz odbywa się fajny wielokulturowy festyn z muzyką, jedzeniem i bibelotami. Wieczorem naprawdę stepuje tam miś;)


W tym roku udała się również pogoda, a my pierwszy raz udaliśmy się tam razem z dzieckiem. Mała Mi dobrze się bawiła, ale babci powiedziała, że najfajniejsza była różowa cukrowa wata, którą zjadła... no comment. 



Nam podobała się muzyka, ludzie, klimat, caipirinha, której zawsze wtedy trzeba się napić... no prawie jak na karnawale w Rio! Za to lubię Berlin!

Jeszcze kilka ujęć z tej pozytywnej i zakręconej imprezy.



 

 



A Wy? Zatańczyłybyście na takiej imprezce? Jeśli tak, to zapraszam w przyszłym roku!
Pozdrawiam Was, do następnego!

Moni

wtorek, 14 maja 2013

Pocztówka z podróży - Wietnam cz. 1


Witam Was!
Na jednej z naszych wypraw zaczęłam zapisywać urlopowe przeżycia, bo jednak te szczegółowe wspomnienia są dość ulotne. Małą przerwę miałam tylko, jak Mała Mi była bardzo mała. Krótkie chwile przerwy w matkowaniu były wtedy bardzo potrzebne do regeneracji i wytchnienia. Zresztą będąc karmiącą matką myślałam tak wolno, że nie było szans na jakiekolwiek złożone zdania. :) W międzyczasie trybiki pracują znów jak należy i z chęcią powróciłam do spisywania wydarzeń na bieżąco w trakcie podróży. W plecaku zawsze znajdzie się miejsce na zeszyt formatu A5. Tak, tak - nie używam na urlopie laptopa ani innych cudów techniki, mam tylko oldschoolowy długopis i zeszyt. Teraz z chęcią przeglądam kartki zapisane w trakcie pobytu w Wietnamie, przydadzą się te pamiętniki z podróży, aby się z Wami podzielić przeżyciami. Dzisiejszy wpis to rozgrzewka. Jak się pewnie domyślacie, mam trochę materiału, wrażeń i informacji. Postanowiłam to więc podzielić na krótki wstęp (dziś) oraz konkretną relację (się robi).


W Wietnamie byliśmy w październiku ubiegłego roku. Niestety tylko dwa tygodnie, bo tak długo trwają w Berlinie jesienne ferie szkolne. Od kilku lat z rzędu w tym czasie wyjeżdżamy z zaprzyjaźnioną rodziną, nasza ekipa to 6 osób, w tym dwójka dzieci. Znamy się już długo, jesteśmy dotarci jak stare małżeństwo, co bardzo ułatwia wspólne podróże i pomaga w napiętych sytuacjach. Wyjazd do Wietnamu nie był naszym pierwszym pobytem w Azji. Mieliśmy przyjemność zobaczyć już wyspy Koh Samui w Tajlandii oraz Bali w Indonezji i czasem będę porównywać dla zobrazowania.
Nasze wyprawy planujemy i organizujemy sami. Cele wybierane są mniej lub bardziej spontanicznie. ;) Zazwyczaj zaczynamy na wiosnę kupnem biletów lotniczych - czym wcześniej, tym większa szansa na dobrą cenę. Przed wylotem rezerwujemy internetowo jeszcze pierwszy nocleg, aby po długim locie móc odpocząć. Wyjeżdżając mamy zazwyczaj ogólny plan, co chcemy zwiedzić i dokąd dojechać, resztę dopasowujemy na miejscu. Dlatego nie ma dla nas sensu wcześniejsza rezerwacja noclegów na cały pobyt.


Dwa tygodnie to niewiele na tak ciekawy kraj. Zdecydowaliśmy się więc obejrzeć północną połowę, ponieważ mieliśmy lot z Berlina do Hanoi na północy (przez Moskwę - najszybsze połączenie!). Na miejscu poruszaliśmy się publicznymi śodkami transportu.
W przygotowaniach oraz na miejscu korzystaliśmy z angielskojęzycznego przewodnika Lonely Planet, który polecam, szczególnie do Azji. Dodam, że nikt z nas nie mówi niestety po wietnamsku. Starałam się przed wyjazdem poćwiczyć jakieś podstawy z native speakers (znajome z pracy), ale efekty były dość skromne ;)


Więcej zdjęć oraz o dokładnym przebiegu podróży, kuchni, ludziach i przygodach w następnym poście.


Do zobaczenia wkrótce!
Moni

PS. Zdjęcia Łuka i moje - jak zwykle :)

update:
część 2,  część 3, część 4.