piątek, 26 kwietnia 2013

Lata dwudzieste od kuchni

Dzień dobry!

Weekend zbliża się dużymi krokami! Zanim zniknę na działce, chciałam Wam polecić bardzo ciekawą książkę, która przedstawia zwyczaje kulinarne i trendy lat dwudziestych w Polsce.
Recenzję na temat tej książki przeczytałam na jednym z blogów i zamarzyłam, żeby ją mieć. W końcu udało się, przyszła do mnie jako upominek świąteczny.


Autorka Maja Łozińska historyczne i społeczne fakty przedstawia w ciekawy, lekki sposób. Istotne zagadnienia wytłumaczone są przystępnie i jakby mimochodem, a fokus ani przez chwilę nie odbiega od przewodniego tematu.  
Przy codziennym stole; na zakupach; w spiżarni, kuchni i jadalni; w restauracjach i kawiarniach; domowe przyjęcia; na balach i bankietach - to tytuły rozdziałów. Czytamy w nich jak zmieniały się kulinarne przyzwyczajenia w Młodej Polsce, a z nimi wnętrza oraz kuchenne urządzenia i dodatki. Czytamy również jak i gdzie bawili się sławni i bogaci i gdzie stołowali się biedni. Ciekawie napisany tekst uzupełniony jest zaskakującymi fotografiami - to jest album, do którego się wraca, zagląda, czyta na wyrywki.


Książka Smaki duwdziestolecia - Zwyczaje kulinarne, bale i bankiety  wydana została przez Wydawnictwo Naukowe PWN i kosztuje ok. 70 zł. Wydanie jest bardzo jakościowe i moim zdaniem warte tej niemałej sumy. Myślę, że jest to pozycja, która idealnie nadaje się na prezent, jeżeli wiemy, że obdarowana osoba interesuje się tymi tematami.


Ja przeczytałam ją jednym tchem i mam pod ręką, żeby sobie przeglądać zdjęcia. Dawno nie ucieszył mnie tak bardzo zakup książki, jestem naprawdę pod wrażeniem. Od dawna ciekawi mnie, jak wyglądał zwykły dzień w innych epokach - ta książka chyba została napisana z myślą o mnie! ;) Uważam, że jest absolutnie godna polecenia.

Pozatym rozpoczęliśmy sezon balkonowy siedząc wczoraj z Łukiem do godziny 1.00 w nocy! Nasz balkon jest duży i wychodzi na ulicę. Niestety dlatego jest dość głośno i okropnie się kurzy - to takie uroki wielkiego miasta. Nie spędzamy na nim za wiele czasu, szczególnie odkąd mamy działkę. Ale jest przytulny, stoją już krzesła i świeczki, zasadziłam kilka roślinek i kwiatów, wysiałam maciejkę. Idealny na spontaniczny piknik z Małą Mi, wieczorne rozmowy z Łukiem lub samotne szybkie śniadanka.



Planujemy nocować w ogrodzie, pierwszy raz w tym roku. Wszyscy się już cieszymy, mam nadzieję, że nam pogoda za bardzo planów nie pokrzyżuje...


Życzę Wam udanego, ciepłego weekendu!

Bye, bye
Moni

wtorek, 23 kwietnia 2013

The Doors

Witam!

Nieee, to nie będzie post o TYM zespole muzycznym, choć lubię i słucham. Będzie o drzwiach :) Pamiętacie jeszcze spacer po starych uliczkach z pięknymi kamienicami? Kto ciekaw, a nie widział, może zajrzeć tutaj. Zapowiedziałam wtedy, że pokażę Wam również kilka typowych szczegółów wewnątrz. W tym celu przejdziemy się po prostu po moim mieszkaniu...
Tytułowe drzwi zdradzają właściwie od początku, co jest najbardziej charakterystyczne w starych mieszkaniach, jedynie angielski odpowiednik miał Was odrobinę zaintrygować :)

Policzyłam, że w całym mieszkaniu jest w sumie - razem z wejściowymi - dziesięcioro drzwi (dla wyjaśnienia: pokoje są trzy)! Dużo, nie? Wynika to z tego, że w kuchni jest komórka i spiżarka oraz, że wszystkie pokoje, poza dojściem od korytarza, są połączone drzwiami. Ten fakt jest walorem i przekleństwem równocześnie. :) Walorem, ponieważ drzwi są ozdobą samą w sobie. Ale częściowo utrudniają wykorzystanie miejsca. Jak już pisałam kiedyś, w pokoju Małej Mi drzwi są z trzech stron i zaczyna się kłopot z urządzaniem. (Akurat w tym pomieszczeniu zrezygnowaliśmy z drzwi do przedpokoju zasuwając je szafą).

Drzwi łączące salon i pokój Małej Mi - ich wysokość to około 2,70 m!


Tutaj bliźniaki, czyli wejście do komórki oraz spiżarki. Skąpane w promieniach słońca, a to dość rzadki widok! Te drzwi natomiast mają w samym przejściu jakieś 1,80 m. Przechodząc automatycznie schylamy głowy. To jedyne identyczne drzwi w mieszkaniu, wszystkie pozostałe różnią się od siebie rozmiarem!


To zbliżenia drzwi wejściowych, ich brązowy kolor jest niestety, mówiąć delikatnie, nieciekawy.



Kamienice były zaprojektowane w innych czasach... Dziś taki podział wydaje się dziwny: Od ulicy mieszkania są duże, przestrzenne i wysokie, choć czym wyżej, tym stają się niższe. Za to w podwórzu jest znacznie mniej reprezentacyjnie, klatki ciaśniejsze, a mieszkania znacznie mniejsze. Powód jest prosty do wytłumaczenia: Tak jak różniły się wykończeniem i metrażem mieszkania, tak różnili się ich lokatorzy. Można ten podział dojrzeć również na... podłodze: W salonie parkiet, we wszystkich innych pomieszczeniach deski, dość szerokie. Za to mieszkania w podwórzu mają zazwyczaj deski, które są węższe i tym samym tańsze. Jedno jest wspólne: wszystkie skrzypią mniej lub bardziej! U nas na szczęście tylko trochę, co nam nie przeszkadza, a nadaje wyjątkowego klimatu.


Czego niestety u nas brakuje, a jest bardzo charakterystyczne, to kaflowe piece. Zdarzają się jeszcze mieszkania, gdzie te piece to jedyne źródło ciepła :) Brrr. Jednak jako dekoracja chciałabym  taki piecyk mieć. Za to mamy jeszcze częściowo stare okna, spójrzcie na te klamki:



Innym jeszcze cackiem jest sztukateria. U nas w międzyczasie obrosła w niezliczoną ilość warstw farby, ale nadal jest ozdobą.


Oczywiście te mieszkania w starych kamienicach są bardzo różnej jakości. Zależy to częściowo od dzielnicy, w której się znajdują, od właściciela, ale również od lokatorów. W trakcie poszukiwań widziałam kilka mieszkań pozbytych tychże dekoracji, które nadają tym chatkom czar. Nasze mieszkanie przeszło lifting za czasów poprzednika. Mogłabym się i ja przyczepić do kilku szczegółów (kolorowe żaluzje w oknach?!), ale są to detale, które udało nam się oswoić. O resztę zadbaliśmy sami zaczynając przeprowadzkę od cyklinowania podłóg. Chociaż te deski nie są w idealnym stanie, wyglądają zdecydowanie lepiej niż wykładziny, które wyrzuciliśmy. 
W trakcie tych robót w jakiejś szparce między deskami znaleźliśmy taki oto strzępek gazety:


Wisi teraz w ramce w przedpokoju. Ten kawałek starego papieru (widać na nim rok, co pozwała nam sądzić, że w tym samym - 1904r. - powstała nasza kamienica) bardzo wpłynął na naszą wyobraźnię i z większą ciekawością zaczęliśmy przyglądać się naszej okolicy i stojącym tutaj budynkom.

To tyle ciekawostek. Zabierałam się do tego posta od jakiegoś czasu i chociaż chciałam pokazać tyle detali, nie bardzo miałam pomysł jak zrobić z tego sensowną całość. Liczę, że i tak znaleźliście tutaj coś dla siebie.

Pozdrawiam
Moni

Ps. No to jeszcze bonusik w tym temacie:



piątek, 19 kwietnia 2013

Zabawa w dom

Uppps! Jakiś gnom przejął na chwilę kontrolę i przedwcześnie opublikował niegotowego jeszcze posta... Ale opanowałam zawadiakę;)

Która z nas nie marzyła w dzieciństwie o domku dla lalek?! Aby zachęcić Was trochę do wspomnień z dzieciństwa, pokażę Wam pewien dom... a raczej domek. Domek dla Barbie, zrobiony własnoręcznie.  

Domek dla Barbie w całości

Domek powstał jako prezent na urodziny Małej Mi. Wielokrotnie wspominała, że jej lalki nie mają przyzwoitego lokum. Tyle że ona miała na myśli taki różowo-platikowy, za 170 euro! Mogłabym w tym miejscu cały wątek rozwinąć na temat zabawek tych kupnych i robionych ręcznie... Każdy rodzic, nierodzic zresztą też, domyśli się, że temat jest niełatwy i złożony. Na pewno do tego wrócę, bo ciekawią mnie też Wasze zdania. Dziś skoncentruję się na samym domku. Zresztą on dobrze odzwierciedla naszą postawę na ww. temat.

Pięterko z łazienką, sypialnią i... zombi!

Jasne dla nas było, że taki domek zrobimy sami. Mała Mi została wciągnięta w projekt, tak aby napewno był wg. jej wyobrażeń, bo inaczej byłby foch! ;) Korpusem zajął się Łuk. Z jego zamiłowaniem do takich prac była to raczej frajda. Mniej więcej przemyśleliśmy wymiary, żeby się lale pomieściły, no i żeby domek miał swoje miejsce w pokoju. Następnie zaczęło się malowanie, tapetowanie(!), upiększanie. Tutaj bardziej ja przejęłam pałeczkę, choć np. o wyborze kolorów decydowała Miriam i pomagała w wykonaniu. Domek powstawał etapami, tak żeby była dobra zabawa, a nie kolejny obowiązek.

Kuchnia

Jest nawet miejsce na kuchnię oraz łazienkę z wanną! W sumie cztery pomieszczenia i płaski dach z basenem :) Ale czasem na dachu mieszka koń... Samym urządzaniem oczywiście zajmuje się Mała Mi. Na tym polega jej zabawa. Przestawia i robi po swojemu. Kto wie, może w ten sposób złapie wnętrzarskiego bakcyla? Na razie chce mieszkać na wsi (!) i zajmować się zwierzętami, w szczególności końmi. No comment.


Trudno mi ocenić koszta, ponieważ niektóre materiały mieliśmy na składzie (deseczki, papier, farbki). Z potrzebnym czasem jest tak, że jak się sprężyć to i weekend wystarczy. Ale bardziej chodziło nam o to, żeby była to możliwość spędzania czasu razem w ciekawy sposób. Wtedy nie odgrywa roli to, jak długo trwa wykończenie.
Oczywiście trochę trzeba się znać na materii, nie będę się wywodzić, bo to domena Łuka.
Dla niego zabawa się nie skończyła, bo brakuje jeszcze kilku mebelków. Jest już stół, kanapa oraz szafa, ciekawe co Mała Mi wymyśli jako następne : Tata, zrobimy szafę teraz... Tak to się mniej więcej odbywa.
Widać na zdjęciach, że plastikowe dodatki mieszają się z takimi ręcznie dorobionymi. Staramy się wpoić dziecku zamiłowanie do działania samej, do radości i dumy z wykonanej pracy, nawet jeżeli ta nie odpowiada normom. Ten wszechobecny plastik nam tego nie ułatwia. Nie zabraniamy jej jednak takich zabawek w przekonaniu, że zakazane niepotrzebnie nabiera czaru i wagi.



Pobawiłybyście się takim domkiem? Ja sama nigdy Barbie nie miałam, choć bardzo o niej marzyłam, takie czasy były... Ale miałam inne fajne rzeczy, a resztę sobie właśnie dorabiałam sama i zabawa była przednia!

Zostawiam Was z domkiem, puśćcie wodze wyobraźni lub wspomnień...
Ja Wam życzę udanego, słonecznego weekendu i przesyłam ciepłe pozdrowienia!
Moni

środa, 17 kwietnia 2013

Sezon działkowy otwarty

Gdyby mi ktoś kilka lat temu przepowiedział, że stanę się działkowcem, głośno bym wyśmiała. Los uczy nas jednak pokory - chociaż akurat w tym przypadku lekcja na szczęście należy do przyjemnych. Absolutnie nieplanowanie i bez doświadczenia przejęliśmy dwa lata temu pewną działeczkę na drugim końcu miasta.
Na początku ja zapalona, Łuk z większym dystansem postanowiliśmy się w tej roli wypróbować, a teraz po przerwie zimowej tęsknimy do naszych weekendowych wypadów i nie wyobrażamy sobie lata bez tego. Rozpoczęliśmy przygotowania do trzeciego już sezonu na naszej działce.

Niestety po długiej zimie czeka nas sporo pracy i narazie nie bardzo jest co fotografować. Pokażę Wam kilka zdjęć z ubiegłego roku i tym samym przypomnę sobie jak było fajnie... Pierwsza inspekcja trochę mnie osłabiła, roboty jest tyle, że trochę brakuje mi pomysłu jak to rozgryźć, więc motywacja mile widziana.

Zabawy z wodą w upalne dni uwielbiamy wszyscy...


Bukiety zrobione z własnych zasobów cieszą najbardziej!

 

Czereśnia obdarza nas taką ilością owoców, że ledwo sobie radzimy z przerobieniem. Do świeżego jedzenia nadają się tylko na początku, jeszcze takie nie całkiem dojrzałe, potem mieszkają w nich robaki... Na smak wszelakich nalewek robaczki na szczęście nie mają żadnego wpływu.



 

Pomidorów, jak i wiele innych tajemnic ogrodniczych dopiero się uczę. Ale mam sadzonki od zagorzałej i doświadczonej ogrodniczki Olki, więc właściwie muszę tylko zbierać plony.




Teraz przedstawię Wam jeszcze Antona, stróża domku, zrobionego ze starych gratów. :)

Zdjęcia robione spontanicznie telefonem. Niech będą swego rodzaju zapowiedzią tematów w letnim sezonie... Pokaże Wam jak spędzamy tam czas, a i pewno będę roztrząsać z Wami zagadnienia ogrodnicze, bo nadal jestem amatorem w tej materii.

Na koniec chciałam jeszcze podziękować za komentarze pod rowerowym postem! Z wielkim zaiteresowaniem je czytałam i doszłam do wniosku (tak w skrócie), że jednak mężczyźni pod dekoratorskim względem są bardzo tolerancyjni! :)

Pozdrawiam Was ciepło,
Moni

wtorek, 9 kwietnia 2013

Rower w sypialni, czyli sztuka kompromisu

Witam!

Właściwie całe zagadnienie zawarte jest w tytule i nie trzeba wiele dodawać... jednak nie byłabym sobą, gdybym nie rozwinęła tematu. Wątek jest wprawdzie złożony, ale przyjrzymy mu się na luzie i z odpowiednią dozą dystansu oraz poczucia humoru.


Wnętrzarska blogosfera jest domeną kobiet, zgodzicie się pewnie ze mną, bo to zauważenie nie jest przecież odkryciem. Oczywiście wiem, że zasięg moich obserwacji jest - jak na możliwości internetu - dość wąski.  Niemniej z wpisów śledzonych i odwiedzanych przeze mnie blogów wynika, że większość z nas, blogerek żyje w związkach międzyludzkich, w skład których wchodzą zazwyczaj mężczyźni, często dzieci oraz różnej maści czworonogi.

Niezmiernie mnie ciekawi, a czego prawie nie znajduję na blogach, jak na te kobiece dekoratorskie zapędy zapatrują się mężczyźni. To im poświęcony jest ten post, a Mojemu w szczególności ;) Piszcie dziewczyny, co wiecie na ten temat i jak to jest u Was, bo dla mnie jest to swego rodzaju zagadką.


Tutaj podejdę do tematu z wlasnego doświadczenia. Tytułowy rower w sypialni jest w tej kwestii bardzo znamiennym symbolem.

Mój związek z Łukiem, trwa już na tyle długo, że mamy za sobą kilka faz. Jedna, bardzo istotna, dotyczy właśnie naszych wyobrażeń na temat mieszkania, jego wystroju i funkcjonalności. Na początku było... różnie, ale salomonowo podzieliliśmy nasze pierwsze wspólne dwupokojowe mieszkanie na strefy. Kwestie takie jak porządek były jednak nadal burzliwie dyskutowane, bo  nasze wizje tutaj się dość mocno różniły ;) Teraz jesteśmy w trójkę i mamy trzy pokoje, choć te dyskusje czasem bywają, osiągnęliśmy chyba pewną równowagę.

Nie mogę powiedzieć, że wszystko jest po mojemu. Ciągle szukamy złotego środka, aby nasze potrzeby zostały jednak uwzględnione. Ostatecznie to ja zaproponowałam (to jest moja wersja wydarzeń i będę się jej trzymać :D), aby rower stanął w pokoju, bo jest wartościowy i na okrągło używany przez Łuka (no chyba, że leży śnieg). Za to przejmuję w pełni pewne sektory i wyżywam się dekoratorsko (choć staram się brać pod uwagę funkcjonalność, bo inaczej nie przejdzie).


Wiem, że takiego typowo romatycznego, pastelowego i koronkowego wystroju bym nie przeforsowała i zastanawiam się, jak robią to inne kobiety i co na to ich mężczyźni? Trochę trudno mi uwierzyć, że się podniecają falbankami. Mój się nie podnieca, wręcz przeciwnie dekorację dla dekoracji toleruje, ale raczej mało go rusza. Choć są wyjątki od tej reguły. Co innego np. zrobić mebelek dla lalek - nieważne, że w święta nasz dom zamienił się w warsztat stolarski... Szafa dla Barbi wyszła bezbłędnie. Ja w takich momentach pocieszam się, że kiedyś jednak wszystko wróci do (mojej) normy! :)

To się rozpisałam! Rower rowerem, ale zobaczcie jak ładnie ułożyłam poduszki na łóżku :D

Pozdrawiam Was serdecznie!
Moni

niedziela, 7 kwietnia 2013

Zapraszam na wiosenny spacer śladami secesji


Temat, o którym dziś napiszę, miałam w głowie od otwarcia bloga. Jednak apokaliptyczne warunki pogodowe krzyżowały mi plany i nie miałam szans na ciekawe zdjęcia w plenerze, a te są nieodzowne. Nie zapeszając - wiosna jednak chyba sobie o nas przypomniała. Dziś w Berlinie świeci słońce i jest całkiem przyzwoita temperatura. Wszystko składa się idealnie, łapiemy się więc parami pod rękę i zabieram Was na mały spacer po dzielnicy Prenzlauer Berg. Mały, bo przejdziemy się zaledwie dwoma ulicami w okolicy Schoenhauser Allee, będziemy się często zatrzymywać i zadzierać głowy do góry. Przydadzą się okulary słoneczne, bo będziemy czasem patrzeć prosto w słońce :)


Mam słabość do starych kamienic - sama w takiej mieszkam. Dlatego na dzisiejszym spacerze pokażę Wam kilka tych godnych uwagi i opowiem co nie co o epoce, w której powstały. Mam w planie kontynuację tego tematu... jednak o tym później.



Na początek odrobina historii, ale bez obawy, nie będzie odpytywania;) Pozatym nie jestem fachowcem. To raczej prywatne zainteresowanie, którym się dzielę i chodzi mi jedynie o pewien zarys. Ale uważam, że kilka szczegółów z historii wpływa na wyobraźnię, a domy nabierają czaru...


Wszystko zaczęło się od gwałtownego rozwoju przemysłu w XIX wieku. Industrializacja zburzyła ówczesne status quo i zapoczątkowała kilka przełomowych prądów, które do dziś oddziaływują. Wielkie fabryki miały ogromne zapotrzebowanie na siłę roboczą, co prowadziło do migracji biednej ludności wiejskiej do miast. Jednocześnie fabryki te przynosiły wielkie zyski, dzięki czemu społecznej wagi nabrała wzbogacająca się burżuazja. Wszystkie te ruchy, ściśle ze sobą zresztą związane, prowadziły do szybkiego powiększania się miast. Przemysł, zmiany demograficzne oraz nowatorskie technologie budownictwa silnie wpłynęły na ich rozwój i architekturę.


W miejscu gdzie mieszkam, jeszcze pod koniec XIX wieku stały wiatraki i pewnie pasło się bydło. Na początku XX wieku ta okolica zmieniła się nie do poznania! Typowym dla tamtych czasów było tzw. budowanie na zielonej łące... wierzcie mi teraz nic tutaj nie przypomina łąki :) Chodzi o to, że miasto zwiększało powierzchnię, przejmując peryferie jeszcze nie zaadaptowane. Tutejsza okolica dość dobrze przetrwała II. wojnę, dzięki czemu można podziwiać całe ciągi ulic, które powstały w tym samym czasie (ok. 1903 - 1906 roku).



Dla bardzo zainteresowanych wspomnę tylko, że ta epoka w Niemczech nazywana jest Gruenderzeit. W architekturze, jak się doczytałam, panował w tym czasie tzw. historyzm, który obejmował takie prądy jak neorenesans i neobarok. Czasem widać to w detalach fasad. Mnie interesuje jednak coś innego, otóż styl ten dał początek tak lubianej przeze mnie secesji. Uważam, że przejścia w tych stylach są bardzo płynne i nie zawsze jednoznaczne.



Akurat kamienica, w której mieszkam fasadę ma nieciekawą. Także klatka schodowa lata świetności ma za sobą. Zdarzają się jednak również lepiej odrestaurowane, ze sztukaterią, pięknymi starymi kaflami, lustrami a nawet dywanikami na schodach...



Jeżeli chodzi o samą secesję, to Berlin niestety nie ma się czym pochwalić. Ale pięknych kamienic z tego właśnie okesu poprzedzającego secesję jest w całym mieście wiele. Napewno jeszcze niejedną przedstawię. Następnym razem chciałabym Wam jednak pokazać kilka akcentów wewnątrz, bo oczywiście ten styl nie kończy się na fasadach domów, tylko jest kontynuowany również w mieszkaniach.




Kończymy już spacer, bo nam się jeszcze w głowach od nadmiaru świeżego powietrza zakręci! Ciekawi mnie oczywiście, czy kogoś z Was te detale zainteresowały lub ujęły? A może preferujecie bardziej nowoczesne budownictwo, które również ma wiele walorów? Może skusicie się na komentarz? Byłoby mi miło!

Pozdrawiam Was wiosennie!
Moni

PS. Przeżyłam przełom dot. obróbki zdjęć. Pewnie cały świat już korzysta, ale ja dopiero teraz odkryłam darmowy program Photoscape i wszystko stało się bardzo proste!!! Nie będę pisać jak to u mnie przedtem wyglądało, bo mi wstyd ;) ale teraz jest szybko, prosto i cieszy! Nie wykluczam eksperymentów w kolejnych postach! DZIĘKI SIOSTRA za to oświecenie!

czwartek, 4 kwietnia 2013

Pokój Małej Mi


Cześć!

Wracam po dwóch dniach bez dostępu do internetu (taki mały detoks), a pod ostatnim postem tyle miłych komentarzy, dziękuję!
Pozostanę jeszcze w temacie dzieciaków, a dokładniej pokoi dla dzieci. O pokoju Małej Mi było już trochę tutaj. Ale po akcji wiosennych porządków na krótką chwilę  wszystko było tak ładnie poukładane, że musiałam złapać za aparat :) Kto wie, kiedy znów nadarzy mi się TAKA okazja :)

Pokój dziecka to dekoratorskie wyzwanie, przynajmniej dla mnie. Podziwiam takie pokoje, gdzie wszystko jest minimalne i kolorystycznie dopasowane. Zagadką są dla mnie te wszystkie jednokolorowe (zazwyczaj białe) pokoiki z czasopism lub znalezione w pintereście. Dzieci kochają kolory! I to wszystkie naraz!  Dlatego dziś będzie kolorowo i... autentycznie. Zapraszam do królewstwa Małej Mi.


Pokój nie jest mały, ale aż w trzech miejscach usytuowane są drzwi (walory mieszkań w starych kamienicach!). Jedne z nich ukryliśmy za szafą (te do przedpokoju). Zostały szerokie drzwi do salonu oraz przejście do sypialni. Takie rozwiązanie było praktyczne i dla nas wygodne.


Zanim wprowadziła się tutaj Mała Mi był to nasz pokój roboczy (którego teraz bardzo nam brakuje). Szafa stała tutaj od początku, a mebelki dochodziły powoli. Uważam jedynie, żeby stylem i kolorem pasowały do siebie. Jak się przyjrzycie, to rozpoznacie znane modele z IKEA...


Dla mnie ten pokój jest jednak w sumie za kolorowy i przez te wszystkie szczegóły niespokojny. Próbowałam wprawdzie trochę na ten stan wpłynąć, ale ostatecznie wydaje mi się, że bez zdecydowanej zmiany (meble) nic więcej już nie zdziałam...

Dlatego piszę właśnie o tym pokoju, może ktoś z Was widzi jakieś ciekawe rozwiązanie, na które ja jeszcze nie wpadłam? Czasem pewien dystans pomaga ujrzeć nowe horyzonty...


Oczywiście muszę dodać, że Mała Mi czuje się w swoim pokoju świetnie. Ma wszystko pod ręką i miejsce, żeby rozłożyć swoje zabawki podczas zabaw, które czasem ciągną się (z przerwami) przez wiele dni.

Ostatecznie to pokoik małej dziewczynki. Nie planujemy narazie większych zmian w tym zestawie. Ale nie zarzekam się, bo jak nas najdzie, to kto wie...

Tak trochę dla uspokojenia oczu mam jeszcze kilka minimalistycznych zbliżeń ;)





Huhu... ktoś zabrnął ze mną do końca? Tak? W takim razie dziękuję za wytrwałość! Innym razem napiszę więcej o domku z czerwonym dachem, który widać na zdjęciach oraz domku dla lalek - to nasze własnoręczne projekty. Próbujemy w ten sposób zachować rónowagę do wszędobylskiego różowego plastiku ;)

Pozdrawiam Was serdecznie
Moni