czwartek, 28 lutego 2013

Małe, a cieszy




Przed wielu laty dostałam to lusterko od Łuka. Jest bardzo symboliczne, zrobione własnoręcznie przez Niego dla mnie...
Długi czas leżało gdzieś chowane po kątach w obawie, że może się uszkodzić. Szkoda, bo to jedna z tych rzeczy, które chcę oglądać, pokazywać i która zawsze poprawia mi nastój. Aż tu nagle - myśl, przecież można doczepić mocowanie i zawiesić na ścianie! Uwielbiam takie natchnienia,  EUREKA, chociaż sam pomysł nie jest przecież jakiś odkrywczy. Czasem jednak rozwiązania są tak proste, że ich nie widzimy.



Czerwień idealnie pasuje do przedpokoju, gdzie ten kolor się pojawia. Tak prezentuje się lusterko na ścianie. Konik poniżej to Ferdynand - koniecznie chciał brać udział w sesji;)



 Tak oto po latach to bezcenne dla mnie lusterko doczekało się w końcu honorowego miejsca w domu.  Cieszy oko, nawet w takie szarobure dni....


Życzę miłego dnia. Tutaj jakby jaśniej trochę się robi, ale ciiii nie zapeszamy...

Moni

wtorek, 26 lutego 2013

Galeria młodej artystki

Mała Mi to artystka. Fantazją i pewnością wykonania przebija wszystkich w rodzinie. Na dodatek produkuje obrazki taśmowo i daje nam je w prezencie, a to oczywiście obliguje do godnego archiwowania...Niektóre jej dzieła tymczasowo przyczepiane są na ścianę, co owocowało w końcu galerią - jak na arstystkę przystało.





Tu poruszę krótko temat urządzania,  a raczej porządku w pokoju dziecięcym. Mała Mi pasje ma różne i wszystkie zajmują sporo miejsca. Gdzieś te pasje (czyt. zabawki) trzeba poupychać. To się trochę mija z przeznaczeniem tychże pasji, ponieważ wszystkie te koniki, playmobile, barbie i inne dobrodziejstwa są w ciągłym użytku. Tak więc w pokoju artystki panuje zazwyczaj (z moim przyzwoleniem) prawdziwie twórczy chaos (w moich oczach) lub fajna zabawa (z perpektywy Małej Mi).




Moje próby ujarzmienia tego chaosu to małe kroczki, bo na całość brakuje mi pomysłu. W ten sposób powstała właśnie przedstawiana galeria. Obrazki bez ładu i tak wisiały już na ścianach. Najpierw chciałam je obramować, ale ostatecznie wydało mi się to za czasochłonne. Szukając innego rozwiązania wybrałam to najprostsze w wykonaniu: tektura jako ramka, wstążki oraz kolorowe klejące taśmy, to wszystko. Galeria przedstawia obrazki Małej Mi jak i rezultaty wspólnych kreawtywnych chwil. Okazało się mianowicie,że nachalność siła przekonywania dziecka może obudzić w dorosłym ukryte talenty! "Namalujesz mi konika, księżniczkę, dinozaura takiego a takiego, pieska, kotka...prooooszę, teraz, później, kiedy?, ale nie tak, tylko tak" itd. itp. :)
Wierzcie, zanim zostałam mamą nie sądziłam, że potrafię tak ładnie malować, a Mała Mi ocenia surowo!


Powyżej na pierwszym planie tzw. łapacz snów własnej roboty. Dzieci to uwielbiają, wierzą, że koszmary zaplątują się w tej sieci i tylko dobre sny trafiają do nich w nocy. Fajna zabawa, ale jest trochę nawijania. Mała Mi brała udział w wyborze dodatków i bardzo się z tego cuda cieszyła.

To tyle na dzisiaj, szaro za oknem, szaro w głowie, zdjęcia też jakieś ciemne, ehhh. Dobrze, że przynajmniej tło różowe.

Dziękuję Wam za odwiedziny i komentarze, pozdrawiam ciepło

Moni

piątek, 22 lutego 2013

Przy królewskim stole...


Długo marzyłam o dużym stole, przy którym w kilka osób będzie można i wygodnie zjeść i posiedzieć. Brakowało nam jednak pomysłu i miejsca w salonie. Do czasu...
Pewnego letniego dnia Łuk mając urlop kręcił się po okolicy i wrócił do domu ze stołem i czterema krzesłami! Dla wyjaśnienia, on tych mebli NIE kupił, tylko znalazł na ulicy. Ktoś widocznie robił większy remont i czystkę, bo meble były przeznaczone na stratę. A my mamy głęboko zakorzenione, że się (takich) mebli nie wyrzuca, tylko ratuje i oswaja;) Mebelki były cieżkie, wręcz rustykalne o ciemnym kolorze z brzydką tapicerką i właściwie nie pasowały do reszty. Pozatym stół miał poważny ubytek, ponieważ brakowało połowy blatu. Tak wyglądała nasza znajda na początku:


O tym co było potem i jak znajda wygląda teraz, chcę Wam dzisiaj opowiedzieć. Macie trochę czasu? Kawa lub herbata pod ręką? To zaczynam!
Stół i krzesła stały więc w pokoju, ale jeszcze nie mieliśmy konkretnego pomysłu. Wiadomo jednak było, że remont będzie generalny. Jako że brakowało części blatu, trzeba było zrobić nowy, co dało nam możliwość zmiany kształtu i powiększenia powierzchni. Konieczna była też zmiana koloru, bo ten brąz był do niczego. No i tutaj to pojechaliśmy na całego! Na zdjęciu powyżej widać próbki kolorów. Niestety nie widać, że są to różne odcienie...złotego;) Trzecia zmiana, chyba najbardziej trudna i czasochłonna, to nowe obicia na krzesła. Padło na zielony aksamit, który dobrze pasuje do złotego jak i do innych detali w tym pokoju.


 

Powyżej praca nad szablonem, z którego Łuk korzystał wycinając blat. Praca musiała być precyzyjna, bo zależało mi na możliwości rozsuwania stołu (na te wielkie biesiadowania!). Drugie zdjęcie to krzesło przed tapicerowaniem.


Praca była żmudna i było kilka krytycznych chwil, pewnie dlatego były też czasy przestoju robót. Tutaj muszę podkreślić, że kierownikiem oraz głównym wykonawcą tego dzieła jest Łuk, parł w tym przedsięwzięciu do przodu nie dając zwieść się chwilowym kryzysom. Ja pełniłam rolę ...doradcy:) 


Samo malowanie nie przysporzyło trudności. Ta czynność była jedynie czasochłonna, bo po nałożeniu złotej farby (dwie warstwy), trzeba było nanieść jeszcze lakier bezbarwny (śmierdzący poliuretan, tfu), aby całość była trwalsza. Sam wybór złotej farby wymagał jednak zagłębienia się w temat. Istnieją na rynku różne farby, niestety nie każda z nich nadaje się do pokrycia stołu. Wybór ostateczny był więć kompromisem między przystępną ceną, wytrzymałością i atrakcyjną złotą teksturą. Po rozeznaniu się w tej materii zdecydowaliśmy się na pigment rozmieszany w akrylu, zakupiony w fajnym sklepiku "Farben-Kacza" w dzielnicy Kreuzberg.
Blat zrobiliśmy z dębu, bo jest twardy i wytrzymały. Kupiony prostokątny kawałek w całości został dopasowany, obrobiony i ofrezowany przez Łuka. 


Mozolnym etapem była tapicerka. Przy dopasowaniu materiału na siedzenie, oparcie oraz tył krzesła kierowaliśmy się poprzednią tapicerką, która zrobiona była przez fachowca. Szczególnie oparcie sprawiało nam kłopot, bo materiał musiał być precyzyjnie wymierzony oraz przeszyty w kilku miejscach. To była praca na cztery ręcę. Czasem wszystkie cztery ręcę mocno nam opadały, np. kiedy zawodziły narzędzia...Muszę przyznać, że bardzo żałowałam, że nie zlecilismy tej pracy. Ale oczywiście radość z wykonania wielka, no i ostateczne koszta znacznie niższe.



Po tych ciężkich chwilach w trakcie pracy jej ostatni  etap był czystą przyjemnością. Tasiemka, która dekoruje brzegi kryje zarazem miejsca, gdzie materiał jest umocowany. Użyliśmy kleju do materiału, który świetnie trzyma. Ten krok zajął nam zaledwie jeden wieczór.


Tak więc doprowadzenie tego dzieła to teraźniejszej wersji zajęło nam w sumie jakieś pół roku! Ale warto było się pomęczyć. Co sądzicie o rezultacie?



To byłoby wszystko na dziś....
Pozdrawiam,
Monika

PS. O najważniejszym zapomniałam: Zdjęcia robiłam razem z siostrą, to dopiero była frajda!



niedziela, 17 lutego 2013

Domowe niezbędniki: Nr. 1 - dla ciepłolubnych

Jestem zbieraczką i gadżeciarą - o, wydało się! Nie, ujmę to trochę inaczej: Lubię piękne rzeczy. Mieć. Najlepiej jeśli są i piękne i użytkowe. Do zakupów dodatków oraz wogóle rzeczy do domu STARAM się podchodzić rozsądnie. No staram się, ale czasem mnie poniesie i przytaszczę jakąś puszkę lub pudło lub szkło lub...Często dopiero potem myślę jak ową rzecz użyć;) Zazwyczaj kupuję jednak użytkowe dobrodziejstwa, rzadziej omami mnie jakaś dekoracja, która jest wyłącznie ozdobą i trzeba ją gdzieś postawić.


Ale ja nie o tym...Chodzi o to, że szykuję obszerniejszy post o wielkim projekcie, zapowiadany na początku stycznia. Finał tuż, tuż...Jako lekki przerywnik chciałam przedstawić pewną rzecz, którą osobiście uważam za niezbędną w domu, choć nie twierdzę, że jest wyjąkowo piękna. Zaczęłam od tych zakupów, ponieważ ten niezbędnik tak właściwie kupiony był spontanicznie, bo rzucili w Tchibo;) W ten sposób stałam się posiadaczką poduszeczki napełnionej pestkami czereśni.


Poduszka jest dla wiecznie zziębniętych, dla tych, których strzyka w kościach lub poprostu chcą poczuć ciepełko - dla dzieci na brzuszek i jako ciepła przytulanka przed snem....może cały świat już dawno wie, jakie to pożyteczne? Ja odkryłam tę poduszkę chyba dwa lata temu i teraz w okresie zimowym jest zawsze pod ręką. Polecam szczególnie tym, którzy mają mikrofalówkę, wtedy nagrzanie tych pestek to pestka:) Można oczywiście i w piekarniku, ale w tym przypadku chyba termoforek z gorącą wodą jest sensowniejszym rozwiązaniem.


W internecie kursują ciekawe pomysły na takie poduszeczki, np. w kształcie jaszczurki, która potem ogrzewa kark i barki. Tych pestek trochę potrzeba, aby napełnić woreczek, jest to więc projekt raczej dla cierpliwych. W moim wydaniu poszewkę można zdjąć, co jest praktyczne. Akurat w kolorze fioletowym nie gustuję, ale nie było wyboru. Mentalnie nastawiam się do uszycia innej...


 Przydaje się świetnie w takie leniwe niedziele, jak ta dzisiejsza. Szaro za oknem, a w domku letnia atmosfera w wydaniu Boba Marleya. Cieszymy się, że możemy bez pośpiechu i zadań pobyć razem, choć każdy zajmuje się swoimi zabawkami, ale jesteśmy blisko, rozmawiamy, żartujemy...Zajęcia w podgrupach, wiadomo. Bardzo lubię te chwile.


Kanapa, kocyk, poduszki, a do tego dobra herbatka lub kawa. Pozostając w temacie ładnych rzeczy pokażę Wam jeszcze wyszywaną dziką kaczkę:


To jest serwetka po babci, a właściwie cały komplet, serwetki i obrus. Mam słabość do takich rzeczy. Długo potrzebowałam, żeby się przełamać i używać tych moich skarbów. Szkoda, żeby były schowane w szafie, prawda?


To już wszystko na dzisiaj, miłego leniuchowania! Ja wracam pod kocyk:)
Monika


czwartek, 14 lutego 2013

Love is in the air...


Na blogach walentynkowe szaleństwo. Będąc w ubieglym tygodniu w Polsce podpadło mi, że dzień zakochanych jest mocno świętowany, a może raczej ...konsumowany. Nie mam nic przeciwko miłym okazjom, żeby okazać tak piękne uczucie. Razi mnie jednak komercja za tym stojąca.
Również i w Niemczech Walentynki są celebrowane, choć w porównaniu z Polską siła rażenia wydaje mi się jednak bardziej umiarkowana. No chyba że z czasem otępiałam na reklamowe chwyty, albo jestem już tak długo zakochana, że wypadłam z targetu!...:D

Nie ignoruję tego święta całkowicie, po prostu bardziej cieszą mnie chwile bez daty i przymusu: Rozbrajający żart, kiedy gotuję się ze złości (a zdarza mi się!), nieoczekiwany komplement, czułe słowo lub gest w tak zwanym międzyczasie i uczucie szczęścia, że mam u swego boku Partnera przez duże P.

Rozejrzałam się po mieszkaniu i korzystając z okazji (jednak!) uwieczniłam, gdzie u nas schowała się Miłość:

- w kamykach, które znaleźliśmy w podróżach - nie sposób takich nie zabrać...tylko drugi od lewej jest obrobiony, reszta to unikaty ;)


- tutaj Miłość na ...zielono:


- poniżej tak codziennie, ale miło zrobić Małej Mi śniadanie pełne serduszek!


no i na słodko:)


Kochane Czytelniczki (i Czytelnicy) życzę Wam Miłości Prawdziwej, Wielkiej, na miarę, takiej która JEST...nawet bez Walentynek:)


Miłego dnia!

Monika





poniedziałek, 11 lutego 2013

Wnętrzarskie spojrzenie na Karkonosze

Zapowiedziałam w ostatnim poście, że zabiorę Was w Karkonosze. Zapraszam więc na foto-wyprawę. Z góry ostrzegam, że mam trochę materiału i radzę zaopatrzyć się w kawę lub herbatkę lub co kto lubi...oczywiście nie zabraknie i tym razem wnętrzarskich tematów oraz inspiracji.
W Berlinie trwały ferie zimowe, skorzystaliśmy z tej okazji i pojechaliśmy na kilka dni do Zachełmia licząc na śnieg, bo ambitnie zabraliśmy ze sobą sanki! W Zachełmiu nocowaliśmy w Rezydencji Lawendowe Wzgórze, mieliśmy ten nocleg już od dłuższego czasu na oku - pierwszy pobyt latem tak pozytywnie nam utkwił w pamięci, że postanowiliśmy tam wrócić. To jest miejsce czarujące, każdy szczegół w tym domu jest dopracowany, ba! dopieszczony wręcz. Nie ma przypadkowych rozwiązań na szybko, tylko absolutna konsekwencja stylu. Raj dla miłośników staroci, antyków, barokowych bibelotów oraz ...lawendy, która dyskretnie jest przewodnim tematem w tym pięknym domu.





W drodze do Zachełmia zrobiliśmy sobie małą przerwę w Bolesławcu, w firmowym sklepie Zakładów Ceramicznych. Nie będę opisywać co się ze mną tam działo (oczopląs, zadyszka od biegania między regałami, problem z decyzyjnością), faktem jest, że po jakiś 45 minutach wyszłam z ciężką torbą oraz uśmiechniętą buzią:)



 

Byliśmy m.in. w Kamiennej Górze na obiedzie u Leszka:



Nie  mogło zabraknąć również wjazdu na Szrenicę - bez nart wyglądaliśmy dość osobliwie. Za to tam w końcu mogliśmy nacieszyć się śniegiem po pas!



Odwiedziliśmy również Hutę Szkła Julia w Piechowicach, kupiłam tam karafkę. Od dłuższego czasu miałam ją na liście "must have" i rozglądałam się bez pośpiechu, bo nie jest to rzecz niezbędna. Pomyślałam, że kupując karafkę w miejscu, gdzie mogłam obejrzeć jak powstaje, nabiera ona szczególnej wartości i ma swoją historię.


Resztę czasu spędziliśmy na spacerach oraz zachwycaniu się okoliczną architekturą, to Zachełmie:




A tutaj Lwówek Śląski i już całkiem inny styl. Te domy może nie są w najlepszym stanie, ale mają duszę i potencjał.


Popatrzcie na ten dach, cudo!



Piękne okna...


 A te drzwi - marzenie!


W takim oto klimacie minął nam kilkudniowy pobyt na Dolnym Śląsku. Tak blisko, a tak pięknie, tymbardziej że dopisała również pogoda!
Do następnego,

Monika

PS. Tak przeglądam tytuły wpisów...jeszcze kto pomyśli, że to blog podróżniczy... ;)