Strony

niedziela, 1 września 2013

Pocztówka z podróży - Krym, Ukraina, cz. 2

Drodzy Czytacze!

Kontynuuję relację, kto ciekaw część pierwsza tutaj.

Lenin, a jakże! Jałta

3. Jałta

Jak to się człowiek może pomylić! Przyznam, że miałam jakieś pokręcone wyobrażenia o tej Jałcie. Ostatecznie tam właśnie najbardziej mi się podobało i żal było wyjeżdżać.

Po kolei:
Z Teodozji wykupiliśmy wczesny autobus do Jałty przez Simferopol, planowany czas jazdy ok. 5 godzin. Zapowiadało się gładko i wesoło, ale nie zdążyliśmy się rozkręcić, bo po godzinie jazdy ten superwypas autobus się zepsuł. No przecież! W końcu jesteśmy na urlopie i jakieś atrakcje muszą być.

w drodze do Jałty...

Nie zapowiadało się, że będzie lepiej, więc my - na maksa elastyczni - łuuup plecaki na plecki, dziecko pod pachę i siuup do autobusu zastępczego, czyli innej linii. A już na poważnie, to byłam pod wrażeniem, jak w prosty sposób, ale skutecznie się to wszystko odbywało. Autobus zastępczy dowiózł nas do Simferopola (pamiętacie? węzeł komunikacyjny i stolica Krymu). Tutaj trzeba było niestety wykupić nowy bilet. Odpuściliśmy sobie wyjaśnianie łamanym językiem zwrotu kasy, ponieważ chodziło o niewielką sumę. Za to dla Łuka spełniło się marzenie! Będzie teraz krótko o tym marzeniu.

Na Krymie funkcjonuje bodajże najdłuższa w Europie sieć trolejbusowa i Łuka marzeniem było, do Jałty się takim trolejbusem bryknąć. Dla prostoty ominęliśmy ten punkt, no ale co ma być, to będzie... Dzięki awarii, mogliśmy zweryfikować plany i pojechać takim wehikułem. Przemilczę, że potem trolejbus też miał awarię, tzn. skończyła się dostawa prądu! Ogólnie była przygoda. Pojazd napakowany ludźmi oraz bagażem jak czerwony autobus z Koszalina do Mielna, ale i tutaj obowiązek miejscówki, więc jednak komfort większy. Trolejbus jest z tych niespiesznych pojazdów, więc i cena niewysoka, ergo i ekipa pasażerska całkiem przyjemna (głównie turyści, tylko inny przekrój wiekowy, tzn. z plecakiem i namiotem, ale bez dziecka :D). Te ok. 100 km mieliśmy przebyć w jakieś 2 godziny. Z powodu awarii zrobiło się 2,5h. Luzik. Dojechaliśmy dobrze, była nawet mała sensacja stomatologiczna, bo Mała Mi pozbyła się prawego siekacza.




Krótka dygresja na temat orientacji w terenie. W erze mądrych telefonów mapy poszły do lamusa, niestety. Przed wyjazdem ładujemy potrzebną mapkę i jesteśmy na miejscu zorientowani. Wszystko odbywa się przez GPS i dostęp do sieci nie jest konieczny. Ba, nawet widzimy gdzie jesteśmy i jak daleko do celu - kosmos!

Pierwszym zadaniem w Jałcie było znalezienie noclegu. To oznacza wędrówkę z plecakami. Będąc w większej grupie, można się lepiej rozdzielić i zrobić bazę dla bagażu i przychówka. My postanowiliśmy się nie rozdzielać. Dodam, że nasze plany noclegowe nie były sprecyzowane. Teoretycznie chcieliśmy nocować "u ludzi", czyli w prywatnej kwaterze. To jest ciekawe rozwiązanie, bo jest zazwyczaj trochę taniej niż w hotelu i jest kontakt z tubylcami. Taką kwaterę trzeba znaleźć na miejscu, bo wiadomo że jakieś rezerwacje przez internet nie mają sensu. Ale chyba nie byliśmy wtedy w nastroju do szukania kwatery idealnej. Za to na naszej drodze wyłonił się idealny hotel, czyli skansen. Hotel Krym w Jałcie jest centralnie położony, ale jego czasy świetności już dawno minęły. Po uprzednim obejrzeniu wynajęliśmy ostatecznie pokój. Ba! Apartament (2 pokoje i łazienka) z widokiem na port, na 5. piętrze (bez windy) i z inwentarzem, który pamięta jeszcze chyba Stalina! :) Mamy słabość do takich spelunek, ale w sumie było komfortowo, przestrzeń i fajny widok na JałtaCity. Poza tym była telewizja z programem muzycznym, więc jesteśmy teraz na bieżąco.

Hotel Krym - Jałta

Hotel Krym - Jałta

widok na Jałtę z hotelu Krym

Jałta spodobała nam się do tego stopnia, że przedłużyliśmy pobyt o jeden dzień. To była jedna z lepszych decyzji, ale o tym później. Nawet nie jestem w stanie dokładnie opisać, co mnie tak ujęło. To z jednej strony typowo nadmorska miejscowość, a z drugiej pięknie położona mieścina, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Można zwiedzać, robić zakupy, opalać się, przepłynąć się statkiem, udać się na degustację krymskiego wina, można dobrze i tanio zjeść i się napić. Do tego cały czas jest piękna pogoda, ludzie są mili i wyluzowani. Przekonałam Was? Dokładnie takie były też i nasze zajęcia. Wylegiwaliśmy się na plaży (która jest kamienista, można wynająć leżankę za 16 zł lub w cieniu  za 24 zł). Plaża jest zorganizowana, tzn. są różne odcinki, niektóre z nich są płatne. Chodziliśmy na pyszne domowe obiady do "barów mlecznych", trochę spacerowaliśmy po mieście, a wieczory spędzaliśmy w knajpie Robinson, która znadowała się nad naszym pokojem hotelowym i miała wifi oraz rewelacyjny widok na deptak i port.

Obiad

Deser
Spacer - Jałta
Wieczorny chill out,  knajpa Robinson - Jałta

Nie opowiem Wam - jak w przewodniku - co należy tam zwiedzić, ponieważ już jako dziecko mierziły mnie wycieczki do muzeum, kościołów i zamków. Lubię zwiedzać, ale wybiórczo i bardzo subjektywnie decyduję o celu. Zamiast kolejnego muzeum wolę czasem po prostu poprzyglądać się ludziom.

Jak Krym to szampan i wino. My wprawdzie jesteśmy piwoszami - w sumie to powinniśmy wczasy spędzać w Czechach. :D Jednak skusiliśmy się na spacer do Massandry, starej tradycyjnej winiarni,  oddalonej o 2 km (brzmi lajtowo, ale tam jest górzyście!). Sam spacer też byłby godny opisania, ale przez wzgląd na Waszą czytelniczą cierpliwość napiszę tylko: GPS. Dotarliśmy, owszem, ale to napewno nie była STANDARDOWA trasa, napewno nie! Degustacja 10 win trwa ok. godziny i kosztuje od osoby 20 zł. Można też dać się oprowadzić, ale tylko po rosyjsku, więc zrezygnowaliśmy. Wina miały ciekawy smak, jednak wszystkie były słodkie lub bardzo słodkie. Nic dla mnie. Mi najbardziej podobały się ich skrzynie na wino, ale niestety spóźniliśmy się i sklep był już nieczynny. Powrót z Massandry mieliśmy kontrolowany - autobusem (za rodzinę jakieś 2,40 zł). Uwaga ważna ciekawostka dla dzieciatych: tam wszędzie są KOTY, to ułatwia spacery z dziećmi. Idzie się bowiem od kota do kota i zawsze można dojść do celu, tyle tych kotów jest!



Jedego dnia wybraliśmy się na trochę dłuższą wycieczkę. Plan był bardzo optymistyczny, wyszło inaczej, niemniej ciekawie:
Wybraliśmy się statkiem do Haspry, a konkretnie do przylądka Aj-Todor z zameczkiem o nazwie Jaskółcze Gniazdo. Stamtąd chcieliśmy wrócić piechotą do Jałty, najlepiej plażą. Po drodze mieliśmy jeszcze jeden cel, budynek sanatorium Drużba w miejscowości Kurpaty. Z tego spaceru zrobiła się droga krzyżowa, bo jak już pisałam jest tam górzyście i nie da się spacerować plażą.

Tak więc z założonych trzech kilometrów spaceru plażą zrobiło się w sumie 8 km różnymi trasami! Tutaj czas na mowę pochwalną dla Mojej Córki: Przeszła całą trasę o własnych siłach i bez marudzenia - mam dziecko nie do zdarcia! Obejrzeliśmy ten "ośrodek" w Kurpatach - dla wszystkich zainteresowanych architekturą MUST SEE. Przy czym napewno można podyskutować na temat walorów estetycznych. Nam udało się wejść do środka i pierwsze skojarzenie to film Shining. Myślę jednak, że ten kompleks jest tak niepospolity, że aż godny osobnego posta. Po obejrzeniu sanatorium był odpoczynek na plaży, jedzonko i dalszy spacer. W końcu trafiliśmy na jakąś ścieżkę zdrowia, która prowadziła do zamku w Liwadii, gdzie odbyła się w 1945r. Konferencja Jałtańska. Tak to obejrzeliśmy więcej niż zamierzaliśmy, a w Liwadii wsiedliśmy w autobus (juhu!) i szybciutko dojechaliśmy do centrum. Tego wieczoru nikt z nas nie miał problemu z zaśnięciem! :)

Aj Todor
Sanatorium Drużba aka ciacho
pałac w Liwadii

W Jałcie spędziliśmy 5 słonecznych dni i chociaż był to nasz najdłuższy postój, nie zdążyliśmy się tym miejscem znudzić. Następnym celem, gdzie udaliśmy się z Jałty autobusem był Sewatopol, zanim nocnym pociągiem ruszyliśmy do Kijowa, naszego ostatniego przystanku. O tym napiszę Wam w następnym poście.

Na koniec posłuchajcie, czego słuchamy od przyjazdu z Ukrainy nałogowo i rodzinnie:


Pozdrawiam Was serdecznie!
Moni