środa, 12 czerwca 2013

Pocztówka z podróży - Wietnam cz. 4 , ostatnia


Witam!

Zapraszam na ostatnią część relacji z podróży do Wietnamu. Poprzednie rozdziały do przeczytania tutaj: część pierwsza, część drugaczęść trzecia.

Wietnam - dwa tygodnie z dzieckiem, plecakiem i na własną rękę

Wietnamska kuchnia, czyli wyżywienie 

Podstawą sprawnej organizacji wyżywienia w naszym przypadku jest kasa FUJ, czyli Fundusz Umożliwiający Jedzenie. :) Ta nomenklatura wymyślona przez Łuka ma w międzyczasie bardzo długą historię. System sprawdza się świetnie na wyjazdach wieloosobowych. Sprawa jest prosta: Każdy wrzuca do kasy FUJ taką samą kwotę, pieniążki trzyma skarbnik. Nie ma ciągłego rozliczania się przy wspólnym stole, a jak ktoś zaszaleje z zamówieniem dokłada dodatkową sumę do kasy FUJ. :)
Co do kuchni wietnamskiej zacznę może od informacji ogólnej: Jedzenie w Wietnamie jest przepyszne! Nie zawsze wprawdzie dostaje się to, na co się liczyło, ponieważ zamówienie odbywa się na migi - przynajmniej w naszym wydaniu. Każdy posiłek to przygoda sama w sobie, ale nigdy nie głodowaliśmy! :)

garkuchnia - Hanoi Oldtown (sanepid miałby co robić!)

Wietnamczycy dzień zaczynają od zupy, porównywalnej do naszego rosołu z makaronem. W hotelach nastawionych na obcokrajowców otrzymamy również naleśniki lub jajecznicę, ale warto dopasować się do ich przyzwyczajeń, przynajmniej na czas pobytu. Nie żywiliśmy się w jakiś drogich restauracjach, tylko w takich przenośnych garkuchniach. Niektóre miejsca mają tylko jeden rodzaj zupy, więc zamawianie jest proste. Oczywiście w kwestii żywienia brak znajomości języka daje się najbardziej we znaki, ponieważ umyka wiele ciekawych informacji i nie wszystko da się zamówić na migi. Ponieważ jadaliśmy głównie w miejscach, gdzie stołują się tubylcy, zazwyczaj pokazywaliśmy dyskretnie palcem na talerze innych. Bywaliśmy też w mniej egzotycznych lokalach z kartą, czasem nawet po angielsku! Podstawowe słowa (zupa, ryż, kawa) "opanowaliśmy" po wietnamsku i głodówka nam nie groziła. W garkuchniach jest często ograniczona ilość potraw i wszystko wystawione jest przed panią, która podaje jedzenie. Można przynajmniej przyjrzeć się temu, na co wskazuje się palcem. Do wszystkiego dodawany jest ryż lub makaron ryżowy. Jedzenie, nie dość że pyszne, jest jeszcze zdrowe. Wszystko na bieżąco przywożone jest z targu, króluje zielenina dotychczas niesklasyfikowana przez nas. :) W ogóle w trakcie jedzenia mieliśmy wiele miłych spotkań z Wietnamczykami. Częstowanie herbatą i pomarańczami, gotowanie z pozostałości na krótko przed zamknięciem, zabijanie kury na zamówioną przez nas zupę, próby rozmowy. Ani razu nie zostaliśmy oszukani lub źle potraktowani, a zupę można było zjeść już za euro do dwóch (4 - 8 złoty). Z deserami było różnie, zazwyczaj kończyło się na wietnamskiej kawce z mlekiem skondensowanym i coca-coli dla dzieci. Na wyspie Quan Lan mieliśmy okazję być na targu, gdzie wczesnym rankiem sprzedawano świeże ryby, warzywa, owoce oraz różne lokalne przysmaki.
W sumie kuchnia smaczna, lekka (ubył mi kilogram na tym urlopie!) i bardzo zróżnicowana. Podstawa to zupa (pho) i ryż, z mięsa głównie drób i wołowina oraz ryby i inne owoce morza, pozatym zielenina we wszystkich odmianach.
Co ciekawe nikogo z nas nie dosięgnęła zemsta Montezumy ;) Wspominam o tym, bo dotychczas zawsze kogoś trafiło, czasem chorowali też wszyscy. Byliśmy więc nastawienie na takie dolegliwości, a tu taka pozytywna niespodzianka. :)

obiad w Hanoi

przerwa obiadowa w dzielnicy bankowej - Hanoi

podjechał sklep z bananami
poranny targ - Quan Lan Town

trzcina cukrowa na deser - Hanoi

Co do napojów: W Hanoi napiliśmy się  popularnego tam jednodniowego piwa (bia hoi). Podobno recepturę przywieźli do Wietnamu Czesi. Piwo jest lekkie i ma małą zawartość alkoholu, dobrze smakuje po dniu spędzonym na zwiedzaniu, nie grozi bólem głowy. Za to w Hoi An znajomi kupili snake wine, czyli wódkę z wężem w butelce. Dopiero potem doczytali się, że nie mogą tego przywieźć do Niemiec. Trzeba było więc wypić. Mi wystarczył zapach tego wysokoprocentowego alkoholu, aby zrezygnować z konsumpcji. Reszta ekipy nie zawiodła, ale od smaku i zapachu trunek otrzymał nową nazwę - ścierwo. Nic więcej na ten temat. :)

snake wine i zawartość butelki
kawa po wietnamsku

Ludzie i obyczaje

dumny mieszkaniec wyspy Quan Lan

Nie spotkaliśmy się w żadnym momencie z jawną wrogością. Swoim wyglądem (wysocy, kręcone włosy, jasna skóra, piegi, okulary) budziliśmy zainteresowanie. Dla nich to MY byliśmy egzotyczni (w naszym wewnętrzym slangu byliśmy poprostu dziwolągami!). Szczególnie odczuliśmy to na małej wyspie Quan Lan. Podczas naszego spaceru ludzie wychodzili na ulicę, babcie nas dotykały i  zaczepiały nas zaciekawione dzieciaki... Byliśmy głodni i ta szopka nie należała do przyjemnych. Zainteresowanie wzbudzały też nasze dzieci, szczególnie Miriam, bo N. to już poważna panna. Ciągle ją ktoś głaskał i kobiety na migi pokazywały, że chciałyby Miriam zabrać ze sobą, co dla Mi było mało przyjemne, ale nie były to sytuacje groźne.

Dla mnie Wietnamczycy nie są egzotami, bo w Berlinie jest ich niemało. Ale ich mentalność mnie fascynuje i wzbudza lęk zarazem. Nigdy nie wiadomo, co ci ludzie myślą, a brak komunikacji tylko to uczucie potęguje. Nie chcialabym komuś z nich poważnie podpaść. :)
Wietnamczycy (zresztą inni Azjaci też) nie zaprzeczają, co prowadzi czasem do błędnej interpretacji.

Hoi An

W Hanoi (nie wiem, czy w innych miejscach też) nad ranem wszyscy wychodzą na ulicę i praktykują kulturę fizyczną. Coś niesamowitego. Dwie babcie przy ulicy machają ramionami, inna para rozciąga siatkę i gra w badmingtona, na skwerku cała grupa podskakuje za głosem płynącym z megafonu. Nie widzialam jeszcze czegoś takiego!

Pisałam już, że brak znajomości języka nie jest akurat ułatwieniem. Nie można oczekiwać też, że ludzie rozumieją po angielsku. Ale w turystycznych miejscach zawsze znalazł się ktoś, z kim można było się dogadać, choć wskazana jest cierpliwość. Kilka osób nas zaskoczyło, bo słysząc nasz polski, zagadywali do nas po rosyjsku! Jak się okazało, wielu z nich jeździ do Rosji do pracy.


Przyjaźń polsko-wietnamska

pod parasolem lokalna piękność

Jak widać na zdjęciach ja przy tych kobietach jestem wielkoludem. Odpadało więc np. kupowanie ubrań, chyba nie znalazłabym odpowiedniego rozmiaru :) Przyciągała ich uwagę również nasza biała skóra, tymbardziej że biali jesteśmy bardzo! W końcu zrozumiałam, o co chodzi. Ich ideał piękności ma jasną cerę! Dlatego często widywaliśmy kobiety kryjące się przed słońcem pod parasolami. W jednym z hoteli znaleźliśmy...wybielający żel do mycia, którego oczywiście NIE użyłam, aby nie zmyć cennej opalenizny! ;)


Jeżeli chodzi o ceny, zazwyczaj można się potargować. Jedynie w większych sklepach, gdzie ceny były z góry określone oraz jadalniach tego nie robiliśmy. A w targowaniu się jesteśmy przećwiczeni! Myślę, że Wietnamczycy nas nie docenili. :) W tym kontekście zaobserwowałam cechę, z którą przedtem w Azji się nie spotkałam. (Wiem, że to porównania na wyrost, chodzi mi jedynie o doświadczenie jako turysta.) Tylko w Wietnamie zdarzyło nam się kilkakrotnie, że po wytargowaniu ceny i zrealizowaniu usługi, byliśmy naciągani nagle na inną, wyższą kwotę. Lub po fakcie okazało się, że owszem obiad jest w cenie (wycieczki) ale napoje już nie i takie tam. Wprowadzało to taki trochę niefajny klimat. Z drugiej strony, będąc grupą zawsze ktoś zachowuje zimną krew i nie daliśmy się ani razu poważnie oszukać, tymbardziej że takie triki wszędzie są podobne.

zakład fryzjerski pod transformatorem - Hanoi

sklep na wyspie Quan Lan


Last but not least

Jeżeli chodzi o architekturę i wystrój wnętrz, to mam mało do powiedzenia. Dzięki temu, że jest ciepło, życie toczy się na ulicy. Mieszkania wydają się mało przytulne i raczej nie ma podziału typowego dla nas: salon, sypialnia, pokój dziecka. Indywidualność chyba nie ma priorytetu. To co widzieliśmy z zewnąrz, nie powaliło nas estetyką, bardziej jej brakiem. Tu i ówdzie można rozpoznać kolonialne wpływy w budowlach.

Hanoi


Hanoi

W Hanoi widziałam piękne klatki dla ptaków, wykonane z bambusa i tak modne u nas. Niestety nie kupiłam i trochę teraz żałuję. Z hajlajtów wspomnę jeszcze o grającej śmieciarce, oraz o tym że grała głośno i wcześnie :) 


Hanoi

Podsumowując była to dla mnie jedna z bardziej egzotycznych wypraw. Mocno te przeżycia na mnie wpłynęły. Już z powodu odległości od domu  nabiera się dystansu do pewnych spraw i na nowo wartościuje inne. Pozbywam się również takiego europejskiego egocentryzmu i podziwiam, że czasem całkiem inne rozwiązania lub systemy równie dobrze funkcjonują. Ta podróż była też cenniejsza niż wiele warsztatów rozwojowych. :) Pokazała nam, jak potrafimy  rozwiązywać nieprzewidziane sytuacje i jak wtedy obchodzimy się ze sobą. Mogę powiedzieć, że ten "test" dobrze zdaliśmy, jedynie głód jest w stanie poważnie wpłynąć na harmonię, ale i o tym już wiemy. :)

Dzieciatych mogę uspokoić. Wprawdzie nie spotkałam chyba ani jednego placu zabaw, ale Miriam i tak dobrze się bawiła. Spędzanie czasu razem, szukanie kotków i jaszczurek, poznawanie nowych rzeczy i ludzi, zabawa - to wszystko i dla niej było ciekawe. Jest już przećwiczona i naprawdę w żadnym momencie dziecko nie było "kłopotem". Wręcz odwrotnie - podróżującym z dzieckiem ludzie są wyjątkowo przychylni, szczególnie w krajach, gdzie dzieci są mile widziane, co w Europie oczywiste nie jest. ;)


Osobiście nie polecam Wietnamu na początek podróżowania po Azji dla globtroterów z małym doświadczeniem lub w ogóle bez. Podróże z biura podróży się nie liczą. :) Z doświadczenia mogę powiedzieć, że np. Tajlandia jest turystycznie dużo lepiej nastawiona na obcokrajowców z Europy, Ameryki i Australii.  Większość mówi po angielsku i infrastrukura jest bardziej swojska. Jest poprostu wygodniej. 
Dla przejechania całego Wietnamu dwa tygodnie to za mało, dlatego skoncentrowaliśmy się na północy. Nie chcieliśmy wyłącznie odhaczać celi.

Teraz naprawdę wyczerpałam ten temat. :) Dziękuję, że z takim zainteresowaniem śledziliście te relacje nie zniechęcając się rozmiarami wpisów. Jeżeli ktoś z Was planuje wyjazd i ma jakieś pytania, chętnie odpowiem na nie w mailu lub komentarzach.


Pozdrawiam serdecznie!
Moni

PS. Bonus zadedykowany Łukowi (zdjęcia wybrane na jego życzenie:D)

wąż w 'polsporcie' (z lat 70tych!)

no comment :)

10 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawa relacja, super zdjęcia, zazdroszczę. Aż mi się jeść zachciało a tu jeszcze śniadania nie zjadłam. Pozdrowionka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Mam nadzieję, że zaspokoiłaś apetyt pysznym śniadankiem :) Widziałam poranną kawę u Ciebie i wyglądała pysznie :) Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  2. Ubawiłaś mnie z kasą FUJ - chodzi mi o jej skróconą nazwę;)
    Kiedyś moi znajomi zamówili w Wietnamie psa , jako, że próbują wszystko, czego dotąd nie próbowali, nie tylko smak był nie najlepszy, ale zapach po prostu nieznośny. Twoja recenzja jest natomiast dobra względem wietnamskiej kuchni.
    Zazdroszczę podróży :)
    Buziaczki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasa FUJ to podstawa :D brak języka utrudnia eksperymentowanie, z drugiej strony ich przyzwaczejenia żywieniowe są tak inne od naszych, że nie trzeba sięgać po ekstremum, ale jakby mi ktoś podsunął, to przynajmniej bym powąchała ;)
      Ściskam!

      Usuń
  3. Super relacja - myślę, że bardzo pomocna dla osób, które planują takie wyprawy.
    Jeśli zwiedzałaś inne zakątki świata z miłą chęcia poczytałabym Twoje relacje :)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu, baaaardzo mi miło, dziękuję! Nie wykluczam dalszych relacji ;) Przesyłam pozdrowionka!

      Usuń
  4. Przybliżyłaś nieco tę kulturę, za co bardzo Ci dziękuję, bo od dawna ją podziwiam :) Co prawda nie wybrałabym się w tak dalekie rejony, bo jednak dla mnie to... za daleko :P ale z ciekawością czytam :) Co mogłoby mnie skłonić do tego typu wyjazdu, to ten dystans, o którym piszesz, spojrzenie na sprawy tutejsze z daleka - rzeczywiście niezwykle pouczająca musi być taka podróż. Też chętnie poczytam o innych relacjach :) A w jakich krajach jeszcze byłaś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ukrywam, że miło mi czytając, że mogłaś się czegoś z tej relacji dowiedzieć i że Cię zaciekawiła! Dla mnie fajne było spisując ożywić wspomnienia, które dopiero po pewnym czasie nabierają wartości. Po przyjeździe trzeba najpierw ochłonąć. Spisując po kilku miesiącach wrażenia nabrałam już dystansu i mogę się tymi wspomnieniami podelektować...
      Co do relacji z innych krajów... może uda mi się, Was jeszcze czymś zainteresować...narazie nic więcej nie zdradzę ;)

      Usuń
  5. No nieźle, opisałaś tu wszystko, o co chciałam zapytać po przeczytaniu 3 części :)czyli jedzenie, komunikację językową i architekturę :) Piękne klatki dla ptaków !!! ale nie dziwię Ci się, że się wahałaś z zakupem, do najporęczniejszych przedmiotów one nie należą.... Poruszyłaś też ważną kwestię uczestnictwa dzieci w takich wyprawach - to super, że Miriam świetnie się bawiła i nie była w żadnym wypadku "ciężarem". Ale wiesz, myślę że to również kwestia Waszego wspaniałego podejścia do tej kwestii jako rodziców (i innych uczestników podróży) oraz wychowania. Znam dzieci, które nie są zainteresowane kompletnie niczym, pewnie potrafiłyby się nudzić nawet w Disneylandzie (zakładając oczywiście, że jest to szczyt atrakcji dla dziecka). Dlatego też - wielki szacun dla Was i gratuluję. Dziękuję za wspaniały i wyczerpujący opis podróży. Mam nadzieję, że kiedyś pojawią się kolejne. Ale wiem, na to trzeba natchnienia. Pozdrawiam i brawa dla Małej Mi-Podróżniczki;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nooo to mi napisałaś, aż się zaczerwieniłam ;) Dużo jeździliśmy już przed urodzeniem Małej i nie ukrywam, miałam obawy, że z dzieckiem to już koniec podróżowania. Ale jednak ta pasja była silniejsza, choć już z Miriam zaczynaliśmy od krótkich, bliskich, "bezpiecznych" i przewidywalnych wyjazdów w Europie. Chciałabym jej wpoić ciekawość do świata i otwartość na to co inne, a podróże jak wiemy kształcą :)
      Dziękuję Ci za ciepłe słowa! Pozdrawiam

      Usuń

Komentarze mile widziane! :)