Strony

niedziela, 2 czerwca 2013

Pocztówka z podróży - Wietnam, cz. 3


Oto dalsza część relacji, dla zainteresowanych: część pierwsza oraz część druga.

Wietnam - dwa tygodnie z dzieckiem, plecakiem i na własną rękę

Środki transportu

Przebyliśmy w Wietnamie około dwa tysiące kilometrów korzystając z publicznych środków transportu. Z mojego doświadczenia wynika, że w Azji nie ma potrzeby wynajmowania samochodu, ponieważ usługi przewozowe są w przeliczeniu korzystne i łatwo dostępne. Przy planowaniu wyprawy warto jednak wziąć pod uwagę, że przebycie np. 200 km może trwać 5 godzin. Dla nas - Europejczyków w biegu - to lekcja cierpliwości i pomaga nastawienie, że droga jest celem.  ;)

Kolej
Większość trasy przemierzaliśmy z wyboru pociągiem. Wprawdzie pokonując najdalsze odcinki samolotem zaoszczędzilibyśmy czasu, ale kosztowałoby to znacznie więcej i ominął by nas ten swojski klimacik. Trasa Hanoi - Da Nang to jakieś 900 km i 16 godzin jazdy. Dla naszej paczki idealna okazała się kuszetka drugiej klasy, ponieważ mieści sześć osób w przedziale (w klasie pierwszej cztery).  Byliśmy zaopatrzeni w jedzenie i picie, ale w pociągu jest możliwość coś dokupić. Chodzi pani z wózkiem, sprzedając napoje, zupę oraz inne przysmaki, pozatym jest również "wars". Miejsca siedzące także podzielone są na dwie klasy: 1) rozklekotane fotele "lotnicze" z ryczącym telewizorem oraz klimatyzacją, 2) drewniane ławki z okratowanymi oknami i wentylatorami. Tam dopiero jest impreza! Tylko turystów w tych przedziałach nie widziałam. Podróżując z dzieckiem pociąg ma plusa, bo da się pobiegać, a skakanie po pryczach to świetna zabawa! Warunki, no cuż, wszystko lekko brudne i zdezelowane, korzystanie z WC robi się trudniejsze im dłużej pociąg jest w drodze, ale w sumie znośnie. Często zdarzają się toalety typu dziura w podłodze, zresztą nie tylkow pociągach. Wprawdzie jest to dla nas dość obce, ale w podróży bardziej higieniczne, więc się przekonałam. Wracając: zakup biletów nie był kłopotliwy (teraz tak twierdzę), wspólnymi siłami i na migi zawsze się udało. Dzieci do 1,20 m mają zniżkę, przy kasie jest miarka!  Bilety trzeba pokazać przed wejściem na peron i do pociągu.

Dworzec kolejowy Hanoi

Widoczki

Klasa VIP (zakamuflowany pan na dachu)

Tablica informacyjna w Da Nang

Autobus
Tam, gdzie nie dojeżdża kolej, kursują autobusy. W większych miastach funkcjonują normalne dworce autobusowe z kasą, poczekalnią, czasem sklepikiem i jadalnią  (no dobra kibelek do normalnych nie należy: w Hanoi był jedynie wychodek - płatny). Autobusem przebyliśmy trasę Hanoi - Halong City i z powrotem. Najbardziej wymowne porónanie tych dwóch przejazdów to: piekło i niebo. Po całonocnej podróży pociągiem i przygodzie z taksówkarzem (o tym zaraz) znaleźliśmy się na dworcu autobusowym, gdzie strasznie głośno zaczęła nas naganiać pewna pani do takiego małego busiku. Akcja była podejrzana, więc próbowaliśmy wynaleźć normalny autobus, bo były tam i takie. Jednak pani w kasie stwierdziła, że ta krzycząca dowiezie nas do celu. Nie było rady, załadowaliśmy się w panice. Od tego czasu jeszcze z godzinę czekaliśmy, aż ruszymy.... W skład załogi autobusiku wchodzili: kierowca gadający przez telefon, pani krzykaczka, (która darła się bez ustanku do telefonu, do pana, do pasażerów, do siebie) pan naganiacz. Bus jechał wolno, a naganiacz cały czas naganiał ludzi, których krzykaczka upychała. Nie macie pojęcia, ilu Wietnamczyków może się w takim małym busie zmieścić! Za dużo! Jak już myśleliśmy, że w końcu nabierzemy tempa, bo bus jest pełny, to dopiero się otwarły siedzonka w przejściu. Mieliśmy naiwne wyobrażenie, że 180 km zajmie nam jakieś 3-4 godziny. Jechaliśmy 5,5! Był postój, a jakże. Był też incydent z bagażnikiem, który się otwarł. W bagażniku były nasze plecaki i nie wiedzieliśmy, czy one tam jeszcze są. Były, co sprawdziliśmy opóźniając planowany dojazd o ... minutę. Nagle zostaliśmy z autobusu wysadzeni, nie wiadomo gdzie. To znaczy wiadomo, pod sklepem organizującym wycieczki po zatoce Halong Bay, z której to wycieczki wcale nie chcieliśmy skorzystać. Ta przejażdżka była dla mnie najgorszym momentem tego urlopu. Mam nadzieję, że ten opis trochę odzwierciedla to napięcie oraz złość, którą w nas ona wywołała. Ale i takie chwile się zdarzają. Na szczęście Miriam SPAŁA całą drogę.
Za to w drodze powrotnej PEŁEN KOMFORT! Przyzwoity autobus, pani stewardesa, pełna kulturka i dobre tempo. Możecie sobie wyobrazić jacy byliśmy zdziwieni, że tak się da !? Szczęśliwi dojechaliśmy do Hanoi. Tutaj okazało się, że w mieście są dwa dworce autobusowe. Dworzec jak to dworzec, zazwyczaj raczej nieciekawy, gdzie nie należy przebywać dłużej niż to konieczne.

Autobus ze stewardessą na pokładzie

dla przypomnienia czerwony autobusik oraz pan naganiacz

Taksówka
Taksówką przemieszczaliśmy się lokalnie oraz gdy zawodziły inne formy komunikacji lub trzeba było się szybko przemieścić. Mieliśmy taką sytuację w Halong City. Tam okazało się, że statek, na który celujemy, odpływa 40 km od miejsca, gdzie się znajdowaliśmy. Przy dłuższych przejazdach z góry omawialiśmy cenę, a w mieście taksometr nabijał kwotę. Ten taksometr to trzeba mieć zawsze na oku, aby nie dać się oszukać. Mieliśmy przypadek, gdzie po kilometrze jazdy była już tak wysoka suma, że oszustwo było jawne. Trzeba wtedy poprostu od razu wysiąść i złapać następną taksówkę. Nam na ok. 15 przejazdów zdarzyło się to raz, w Hanoi. Innym problemem może okazać się brak porozumienia z kierowcą. Wyobraźcie sobie taką sytuację: z pociągu w Hanoi nad ranem wysypuje się multum ludzi, przed dworcem czekają taksówki. Jest tłoczno, samochody nie mogą przejechać, ogólna panika. My szukamy dużego samochodu, bo z zasady jeździmy w szóstkę jednym autem. My i nasze plecaki. Jest duży wóz, próbujemy coś do kierowcy, który tylko przytakuje... i tutaj powinna się nam, starym lisom, zapalić lampka. Ale było wcześnie, więc naiwnie wsiedliśmy zadowoleni. Po chwili okazuje się, że pan NIE KUMA dokąd my chcemy jechać i histeryczne powtarzanie chórem słowa bus lub bus station NIC nie da. Nie pomagało też sylabowanie jakiś pseudowietnamskich słów wyczytanych w przewodniku. ZERO KOMUNIKACJI! My w panice, no bo przecież ten autobus, a potem statek i czas ucieka... a pan nie wie dokąd i jeździ z nami w kółko uśmiechając się zakłopotany, czym nas doprowadzał do pasji. Już nawet nie pamiętam, jak on w końcu ten dworzec znalazł, ale napewno z naszą pomocą :). Myślę, że chyba się nas trochę bał, tak byliśmy wkurzeni. Azjaci NIGDY nie zaprzeczają, to jest wbrew ich kulturze. Ale dla nas białasów może okazać się to pułapką, bo inaczej interpretujemy pewne znaki lub wypowiedzi.
Pisałam, że zawsze jeździliśmy tymi taksówkami w szóstkę. Zazwyczaj nikt się nie burzył. Tylko w mieście portowym chcieli być mądrzejsi od nas. ;) Schodzimy ze statku w drodze z wyspy Quan Lan do Hanoi i udajemy się na postój. Omawiamy cenę, pod koniec pobytu mieliśmy już wszystko dobrze przećwiczone. Pan się godzi i zaczyna nas pakować, ale zaświtało mu, że my wsiadamy WSZYSCY. Wtedy się wycofał. My na luzaku ładujemy plecaki na plecy i po prostu odchodzimy. To był chwyt. Pan nie wiedział, że my szliśmy w kierunku bankomatu. Nie minęły dwie minuty podjeżdża inny taksówkarz mówiąc, że nas zabierze. Moment chwały! Zresztą jakieś duże te taksówki były i my tacy szczuplutcy w nich na luzaczku ... :)

Hanoi - klasyczny obraz na ulicy

Jednoślady
Wszystkie wspomniane  środki transportu są dość oczywiste i potrzebne, w zależności od zaplanowanej trasy. Jednak Azja kojarzy mi się głównie ze skuterami oraz dość luzacką jazdą. W porównaniu z przepisami obowiazującymi w Europie, a w szczególności w Niemczech, gdzie mieszkam, to panuje tam totalna wolność: jazda bez hełmu lub w trójkę nikogo nie dziwi. Nas za to niezmiernie cieszy i korzystamy. Za to rower jest mniej popularny, choć akurat w Wietnamie mieliśmy okazję zrobić wycieczkę rowerową.

Skuter ma wiele zastosowań...


Takim pojazdem da się WSZYSTKO przewieźć, nie tylko akwarium.





Te ubranka były bardzo popularne.


Skutery zastąpiły rowery

Rajdowcy w Hoi An

Nocleg

Jeszcze w domu zarezerwowaliśmy pierwszy nocleg (w Hanoi) oraz odbiór z lotniska. Hotel Rising Dragon tak nam się spodobał, że od razu zabukowaliśmy pokoje na ostatnią noc przed wylotem. Ale zaczęło się od niefajnej niespodzianki, a nawet dwóch:  1) nie odebrano nas z lotniska, 2) pod podanym adresem nie było TEGO hotelu, wogóle nic nie było poza budową jakąś! Ale po kolei. Pierwsze kroki w znanym i nieznanym państwie skierowane są do bankomatu. Nasz bank podlega pod sieć ATM, dzięki czemu nie musimy bawić się w zaszywanie dolarów w kołnierz oraz wymianę waluty w kantorze lub u konika. ;) Następny krok to rozeznać się w terenie i dostać sprawnie do miasta / hotelu. Na początku człowiek jeszcze nie jest obcykany, wtedy to najłatwiej dać się nabrać lokalnym oszustom, więc odbiór z lotniska ułatwia aklimatyzację. Wyobrażacie sobie nasze miny, kiedy się okazało, że raczej nikt nas nie odbierze? No ale była taksówka, nawet przewidziana na 6 osób ze stałą ceną za przewóz do miasta (20 km za ok. 11 euro/44 zł). Jedziemy do celu, wysiadamy, taksówka odjeżdża, a my stwierdzamy, że pod tym adresem NIE ma hotelu! Wyobrażacie sobie TERAZ nasze miny? Druga wpadka w przeciągu jakiejś godziny. Naczytaliśmy się o tym, jak turyści są oszukiwani, o hotelach widmo itd., więc fantazja ruszyła. Chyba trochę się wystraszyliśmy, jakie niespodzianki czekają nas jeszcze na tym urlopie. Obok hotelu, którego NIE było, był inny. Tutaj już miła niespodzianka. Telefon do NASZEGO hotelu, który  zmienił adres (?!). Przyjeżdża pani z panem na skuterku oraz taksówka i wszystko dobrze się kończy. Przemili pracownicy w hotelu, możliwość porozumiewania po angielsku, czysto, schludnie. Uczciwie dodam, że był to najdroższy hotel, w jakim spaliśmy. Za pokój dwuosobowy zapłaciliśmy ze śniadaniem ok 45 US dolarów. Dobrze czuliśmy, że szok kulturowy i tak będzie silny! Jeśli to możliwe, bukujemy na dwie osoby, Miriam narazie mieści się między nami :)

Widok z hotelu w Hanoi

Przemieszczając się pociągiem "zaoszczędziliśmy", ponieważ jadąc nocą spaliśmy w kuszetce. We wszystkich innych miejscach, które odwiedziliśmy, szukaliśmy noclegu już na miejscu. Ta metoda może wydać się trochę męcząca i jest taka czasami, ale mamy pewne doświadczenie i nigdy nas nie zawiodła. Plusem jest, że widzę za co płacę, a poza tym zawsze można się potargować. Tym bardziej, że w dwie rodziny zajmujemy dwa pokoje. Dla orientacji kierujemy się przewodnikiem Lonely Planet, który takie praktyczne wskazówki ma świetnie rozpracowane i naprawdę aktualne. Często mamy więc dwa - trzy hotele wirtualnie na oku. Ale zdarza się równie często, że nas ktoś zagaduje i proponuje nocleg. Wtedy przedstawiciele idą oglądać, czy warto wziąść tę opcję pod uwagę. Dzieci w tym czasie piją gdzieś w barze zimną coca-colę, aby się sytuacja zabardzo nie zaostrzyła, bo wtedy łatwo o pochopne decyzje. :) Staramy się zawsze nocować w okolicach centrum za jak najlepszą cenę. W tym celu dobrze już z góry mieć mapkę i się z nią zapoznać. W Lonely planet są takie małe mapki i one zazwyczaj na początek wystarczają.
W Hoi An, mieście krawców, spaliśmy w hotelu Phuoc An Hoi An. Pokój trzyosobowy ze śniadaniem oraz basenem kosztował, po targowaniu 25 US dolarów. Trzeba dodać, że byliśmy tam poza sezonem i zbliżała się pora deszczowa. Pozatym to było po mistrzowstwach piłki w Polsce, więc pan był tak jakoś przychylnie nastawiony. Pamiętał, że w Polsce są piękne kobiety... :)
Za to w Dong Hoi (pamiętacie jaskinie?) udaliśmy się do chyba jedynego hotelu w mieście, gdzie ktoś sprawnie mówił po angielsku. Hotel Nam Long  nie był wyjątkowo tani, choć nie proponował nic nadzwyczajnego. Jednak przyjechaliśmy do tego miasta późno wieczorem i tutaj nie było miejca na wydziwianie. Ale niczego nam nie brakowało, wręcz przeciwnie. Było w cenie śniadanie, spotkaliśmy bardzo miłego Czecha, z którym rozmawialiśmy po "słowiańsku". Właścicielka mówiła po angielsku i była całkiem rozgarnięta. To przez nią załatwiliśmy tę indywidualną wycieczkę do jaskiń. Ona też przed naszym wyjazdem dzwoniła na dworzec, dowiadując się, ile spóźni się pociąg. Nie musieliśmy sterczeć na dworcu, tylko czekaliśmy sobie w hotelowym lobby. No i najważniejsze! Do tego rodzinnego biznesu należał taki mały chłopczyk, który na okrągło oglądał film o Spiderman. Dzięki temu nasze dzieciaki też były "zajęte". :) (Sprostowanie: Tylko na urlopie jestem AŻ tak wyrodną matką :))
Na wyspie Quan Lan sprawa była w sumie prosta, bo wszystko było bardzo małe. Dużo mniejsze niż się spodziewaliśmy. Wiedzieliśmy z przewodnika, że nie ma tam bankomatu. Na miejscu okazało się, że również prąd nie jest oczywisty. Zazwyczaj w ciągu dnia był wyłączony i dopiero po zachodzie słońca (czyli o 18.00!)  włączany.  NA Quan LAn wybraliśmy hotel (Ngan Ha hotel) w samym centrum, które to centrum najpierw minęliśmy w oczekiwaniu, że jedziemy do... centrum. Takie tycie było to miasteczko. Tutaj było troszkę taniej za pokój trzyosobowy (ok. 20 Euro/ 80 zł). Jednak bez śniadania i klimatyzacji, po targowaniu się.

Quan Lan Town - pojęcie "centrum" jest względne!
Okazuje się, że w trakcie spisywania relacji  z tej wyprawy, ożyło tyle wspomnień, ciekawostek i anegdot, że nie da rady się streścić. :) Tak więc bedzię jeszcze jedna część. Na dziś to wszystko, dobranoc!

Moni

update:

część 4, ostatnia