czwartek, 23 maja 2013

Pocztówka z podróży - Wietnam cz. 2

Połów krabów na wyspie Quan Lan - Wietnam 2012

Witam Was!

1) Wstęp do tego wpisu, czyli cz. 1 tutaj.
2) Nie spodziewałam się tak dużego zainteresowania tematem i tylu zachęcających komentarzy, bardzo mnie to zmobilizowało - DZIĘKUJĘ!
3) Uczciwie ostrzegam, że to NIE będzie krótki post ;)

Zaczynamy!

Wietnam - dwa tygodnie z dzieckiem, plecakiem i na własną rękę

Trasa

Hanoi - Hoi An - Dong Hoi - Quan Lan - Hanoi


Wietnam 2012 

Trasa nie była z góry zaplanowana na 100%. Ograniczeniem było jedynie miejsce przylotu/odlotu (Hanoi) oraz  czas pobytu. Chcieliśmy - poza poznaniem jak najwięcej - przejechać się legendarną koleją (do Hoi An), która ciągnie się z Hanoi do Ho Chi Minh City (kiedyś Sajgon), obejrzeć Paradise Caves i odsapnąć na jakiejś fajnej plaży.


Mobilny sklepik - Hanoi Old Town
Hanoi Old Town
Hanoi Old Town - wyroby z bambusa

Dwa pierwsze dni spędziliśmy w Hanoi, głównie w starym mieście. To stara dzielnica handlowa i do dziś ulice są podzielone tematycznie: zabawkowa, ziołowa, bieliźniana, metalowa... wszystko wystawione na ciasnych chodnikach. Za to na wąskich ulicach niepodzielnie panują skutery, dlatego piesi (czyli MY) nie mają łatwo. Jest głośno od klaksonów, śmierdzi spalinami, a przejście przez ulicę to sztuka, bo trzeba wpasować się w ten flow. Czasem warto było wsiąść w taksówkę i przejechać nawet krótki odcinek, aby uciec na chwilę od zgiełku. Dla żądnych atrakcji są też riksze, w których na luzaku godzinkę można zwiedzać ulice starego miasta  nie marnując nóg. Jednak mimo pewnych niedogodności jako rozglądający się pieszy ta żywotność jest energetyzująca. Na ulicach tętni życie, mieszają się najróżniejsze zapachy i dźwięki. Wszystko jest ciekawe. W Hanoi znajduje się Mauzoleum Ho Chi Minh, w którym nie byliśmy z braku czasu i zainteresowania tego typu miejscami. Jednak w tej okolicy jest również piękny park, gdzie można odsapnąć, bo cała okolica jest nieprzejezdna dla samochodów. To takie pokazowe miejsce, na każdym kroku mundurowi dbają o nienaganne zachowanie odwiedzających. Przez przypadek dojrzeliśmy w tamtej okolicy polską ambasadę. Dzięki temu nauczyliśmy się, że Polska po wietnamsku to Ba Lan, a taka wiedza może okazać się cenna!

Ba Lan!
Ho Chi Minh - wiecznie żywy
Telekomunikacja :)

Udało nam się też zdobyć bilety do Teatru Lalek. Brzmi banalnie, ale teatr jest niezwykły (nie tylko dla dzieci), bo przedstawienie odbywa się na wodzie. To tradycyjna i stara sztuka z drewnianymi lalkami, muzyką obcą dla naszych uszu (choć dla mnie bardzo melodyjną) oraz nieznanymi instrumentami. Niestety nie pamiętam cen biletów, ale raczej przystępne. Kto ciekaw, może obejrzeć tutaj filmik (niestety nie mój). Wprawdzie jest to typowo turystyczna atrakcja, ale w tym przypadku można dowiedzieć się ciekawych rzeczy o tradycjach Wietnamu. Ważną informacją może okazać się fakt, że większość biletów jest zarezerwowana i spontaniczne odwiedziny teatru mogą się nie powieść. Nam się udało, choć graniczyło to z cudem! Otrzymaliśmy ostatnie 5 biletów, ponieważ ktoś je zarezerwował, ale nie odebrał.

Hanoi Old Town

Hanoi - real life

Poza zwiedzaniem, zwalczaniem jetlag, chłonięciem wszystkimi zmysłami, mieliśmy w Hanoi ważną misję. Musieliśmy zakupić bilety kolejowe, aby dostać się do Da Nang, skąd już taksówką dojechaliśmy do Hoi An, naszego następnego celu. Na dworcu w Hanoi sprawa była w miarę prosta - z panią w okienku można było mówić po angielsku. O przemieszczaniu się opowiem więcej w innym odcinku, a narazie przedstawię nasze dalsze etapy.

Podróż wietnamską koleją przeszła pozytywnie nasze oczekiwania
Droga jest celem :)

Hoi An to niewielka malownicza mieścina z pięknym starym miastem (jak się okazało, nie mam pokazowego zdjęcia - musicie uwierzyć na słowo) oraz małym portem na rzece i egzotycznym (dla nas) bazarem. To miasto krawców. Całe ulice zdominowane przez zakłady krawieckie, gdzie można zlecić szycie na miarę praktycznie każdej części garderoby. Wystawione materiały oraz propozycje robią wrażenie i nawet krótko daliśmy się ponieść fantazji, ostatecznie odstąpiliśmy jednak od pomysłu szycia na miarę. Trzeba założyć min. 3 dni na realizację, przy poprawkach dłużej. Nie chcieliśmy spędzić tam aż tyle czasu, ponieważ zbliżała się pora deszczowa i liczyliśmy się ze zmianą pogody.

Hoi An - bazar
Hoi An - port

Hoi An - plaża

Hoi An to napewno miejsce, gdzie można odpocząć, choć jest dość turystyczne. Jednak w tak egzotycznym miejscu odrobina znanej nam cywilizacji daje pewną ulgę. Można spędzić tam czas nad morzem (Chińskim), plaża jest szeroka i zadbana. W okolicach Hoi An znajdują się ruiny dawnego miasta dynastii Champa My Son. Udaliśmy się tam zorganizowaną wycieczką, którą wykupiliśmy w Hoi An w jednym z biur turystycznych. Dowóz przyzwoitym autobusem, oprowadzanie na miejscu i powrót statkiem, z nami oczywiście turyści z całego świata. Cena od osoby, o ile mnie pamięć nie zawodzi, to jakieś 6 euro/24 złoty (w cenie skromny obiad). Dzieciaki do ok. lat 6 za darmo. Jedyne, co nam mocno utkwiło w pamięci, to piekielna wilgoć i żar. Piszę to ja, ciepłolubna jaszczurka! Bez zagłębiania się w temat powiem, że właśnie w tej dżungli olśniło mnie, dlaczego Amerykanie nie mogli wygrać pamiętnej wojny z Wietnamem. Trudno o zachowanie w takich warunkach zimnej krwi, dosłownie. Jednak dla nas ciekawie było oddalić się od wybrzeża i poznać inny niż morski klimat oraz roślinność. Skracając pobyt w Hoi An o dzień z powodu deszczu, ba! ULEWY, której się zresztą spodziewaliśmy, udaliśmy się znowu na dworzec kolejowy w Da Nang, aby wyruszyć dalej. W tym przypadku oznacza to, że zaczął się nasz powrót na północ kraju.

ruiny My Son

My Son - znacznie zniszczone podczas wojny, teraz mozolnie restaurowane

Następnym naszym celem było miasto Dong Hoi. Tutaj zaplanowaliśmy bazę, z której dojedziemy do jaskiń znajdujących się niedaleko. Niestety deszcz nas gonił i mieliśmy katastrofalną pogodę. Sama miejscowość to NIE jest miejsce, które koniecznie trzeba w życiu zobaczyć. Troszkę zniechęceni pogodą i brzydotą miejsca poszliśmy na łatwiznę wykupując gotową wycieczkę do tychże jaskiń, aby nie przedłużać niepotrzebnie pobytu. Normalnie nie jesteśmy typowymi odbiorcami ofert dla turystów, bo jednak największą frajdę sprawiają nam indiwidualne rozwiązania i tzw. przebijanie się na własną rękę. Jednak czasem ważna jest prostota. Od osoby za tę wyprawę zapłaciliśmy ok. 27 euro/110 złoty. To był jeden z poważniejszych wydatków na miejscu. W cenie był dowóz naszej szóstki w luksusowych warunkach z mówiącym po ang. kierowcą do miejsca (ok. 45 min). Tam czekał na nas bardzo miły przewodnik, który również mówił po ang. Problem w tym, że my nie rozumieliśmy za wiele z powodu jego nietypowego akcentu.
Jaskinie odkryte przypadkiem dopiero w 2005 roku są naprawdę spektakularne. My odwiedziliśmy jedną z nich. Druga, do której wpływa się łódką,  była niedostępna z powodu opadów deszczu. Całość jest bardzo dobrze przygotowana dla turystów, więc właściwie każdy może się tam udać. Jedynie warto pamiętać o dobrym obuwiu, bo niektóre miejsca są śliskie. Ok. kilometr jest przygotowany dla widowni. Dla bardziej zagorzałych jest możliwość, aby przejść jakieś 8 kilometrów z latarką. My wybraliśmy opcję light :) Najfajniejsze w tej wyprawie było jedzenie, na które zostaliśmy zawiezieni potem. Ale o kulinariach będzie następnym razem.

Jaskinia Thien Duong

Jaskinia Thien Dong znajduje się w Parku Narodowym Phong Nha-Ke Bang

Dalszy program mieliśmy kompaktowy, ponieważ wieczorem, po powrocie z jaskiń, ruszaliśmy w trasę. Mieliśmy plan przedostać się na małą wyspę w zatoce Halong Bay. Posiadaliśmy tylko ogólne dane, ale byliśmy zdeterminowani i wyglądało na to, że nam się uda. Od tego miejsca byliśmy dobę w drodze! Z jaskiń, czyli z Dong Hoi wróciliśmy do Hanoi nocnym pociągiem. Dotarliśmy do Hanoi wczesnym rankiem. Taksówką pojechaliśmy na dworzec autobusowy (nie obyło się bez przygód, napiszę o nich jeszcze), aby udać się do Halong City (odległość to jakieś 200 km). Jakimś przepełnionym busem jechalismy tam 5 h, ta przejażdżka była psychodeliczna i mocno nadwyrężyła nasze nerwy! Tutaj dodam, że Halong City to punkt wyścia do rejsów statkiem po słynnej Halong Bay. My postanowiliśmy jednak zrezygnować z tej masówki. Wracając do opowieści:  Mieliśmy bardzo niejasne informacje, jak przedostaniemy się na wyspę. Celem było wsiąść na tzw. speedboat. Tyle że był problem takowy zlokalizować. Łuk w portowym okienku długo dogadywał się z panią i jak już myślał, że wszystko nagrane, to pani zapytała czy on chce wynająć skuter, bynajmniej nie wodny... tak to wyglądało. Gonił nas czas, speedboat okazał się widmem, więc trzeba było przystąpić do planu B. Czyli: złapać taksówkę, umówić cenę, władować całą szóstkę oraz co najmniej 6 plecaków różnej wielkości do samochodu, pogonić pana, bo musieliśmy dojechać do miateczka portowego Cai Rong, oddalone o 40 km. Wiedzieliśmy, że ostatni statek odpływa na Quan Lan, dokąd chcieliśmy się udać, o godzinie 17-tej, a była 16-ta! Musieliśmy też KONIECZNIE pobrać gotówkę, bo na wyspie nie ma bankomatów, o czym na szczęście przeczytaliśmy w przewodniku. Nie wspomnę, że byliśmy praktycznie bez jedzenia.

Makabryczny czerwony busik z panem naganiaczem - Hanoi o poranku

Plecakowy gang - nie do zdarcia :) - port Cai Rong

To wszystko odbywało się w upale i bez jedzenia. Ale nasza ekipa w zwartym szeregu działała sprawnie, nikomu nerwy nie puściły ;) Udało się! Cudem zdążyliśmy na statek, kupując uprzednio dużą colę, bo nie starczyło już czasu, aby coś zjeść. Najprzyjemniejszym etapem była przeprawa szybkim stateczkiem, który w 45 minut dowiózł nas do celu. Wyspa okazała się mniejsza niż się spodziewaliśmy. Ale spędziliśmy tam bardzo udane, spokojne trzy dni na bezludnych plażach i pełnym luzie. Opłacała się ta odyseja, aby tam dotrzeć. Powrót do Hanoi był już dużo prostszy i wygodniejszy. Koło się zamknęło, starczyło czasu na zakupy i ostatnią noc spędziliśmy w punkcie wyjśćia naszej małej wyprawy.

Wyspa Quan Lan - szkoła zaczyna się o 7.00!

Wyspa Quan Lan - kąpielisko dla bydła
Wyspa Quan Lan - nasze kąpielisko :)

Quan Lan Town - widok z hotelu na główną ulicę
Na dzisiaj to wszystko. Ale relacja jeszcze nie jest pełna, następnym razem opowiem Wam o praktycznej stronie czyli transporcie, noclegu oraz  wyżywieniu. Last but not least będzie też o ludziach oraz ciekawostkach, które zaobserwowaliśmy. Zapraszam wkrótce na część trzecią!

Moni

update: 
cz.1,  cz.3,  cz.4

20 komentarzy:

  1. Każdy kraj ma coś ciekawego w sobie, co warto przeżyć, zobaczyć. Bardzo fajna relacja, a najbardziej spodobało mi się zdjęcie pod tytułem "telekomunikacja". Widziałam podobną w jednym z odcinków Boso przez świat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie podpisuję się pod tym, co napisałaś w pierwszym zdaniu! Z telekomunikacji Wietnamczycy chyba sami się śmieją, ponieważ można dostać koszulki z takim słupem pełnym kabli :) Witaj w moich progach!

      Usuń
  2. Jesss...doczekałam się kolejnego wpisu o Wietnamie:) Przygotowałaś się :)
    A próbowałaś w Wietnamie kawy ? Ojciec mojego T. swego czasu spędził tam dwa tygodnie w delegacji i to co zapamiętał najbardziej, to smak kawy! Sposób jej podania i mentalnosci 'tubylców' w jej piciu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cleo, kawoszko! Kawa zalewana przez takie siteczko, z mlekiem kondensowanym - niebo w ustach! Tradycja picia kawy w ten sposób jest tam bardzo popularna. Kawa jest dość mocno prażona, ale pachnie... czekoladą, hmmm. Napiszę zresztą jeszcze o kuchni, bo to jest rozdział sam w sobie!

      Usuń
  3. Wow inny świat - znam go jedynie z TV :)
    Bardzo fajna relacja :)
    Dzięki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę! To naprawdę inny świat, ale zauważa się również wpływy europejskie, jak np. białe bagietki sprzedawane wszędzie, to spadek po Francuzach :)

      Usuń
  4. Kochana ------ DZIĘKUJĘ za ten wpisssssss czekałam na niego :))))
    fantastyczna wyprawa :)))) i te zdjęcia ----WoW!!!!!!
    Buzzziaki słodziaki przesyłam :)*****

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, ale ale ... moja droga to nie wszystko! Będzie ciąg dalszy, bo nie dało rady ogarnąć wszystkiego za jednym razem. Jakoś nie potrafię się streszczać ;) Pozdrawiam ciepło!!!

      Usuń
  5. Porwały mnie te zdjęcia i opisy - rzeczowe, a jednak lightowe. Jestem burak z zaścianka, bo mimo wszystko sama bym się w taką podróż nie wybrała, ale pod skrzydłami takiej ekipy z pewnością tak.
    Czy dobrze zrozumiałam, że odsypialiście wrażenia na plaży? Stresu nie było?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojoj, już od razu burak :) stresu raczej nie, ale było kilka lekko napiętych sytuacji spowodowanych brakiem komunikacji, jednak nigdy nam nic nie zagrażało ;) tak ostatnie dni spędziliśmy jako nagroda na plaży (żeńska część wycieczki mocno nalegała) :)

      Usuń
  6. Monia....ale miałaś atrakcji...:):):)
    Wspaniała relacja...!!!
    Odważna jesteś...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Tak naprawdę to jestem strachacz, ale staram się swoje strachy przełamywać :)

      Usuń
  7. Czytałam posta dwa razy:)Naprawdę świetnie się Ciebie czyta, że już nie wspomnę o oglądaniu cudnych zdjęć. Najbardziej podobają mi się chyba te z jaskini, ale z ludźmi też są bardzo ciekawe. A propos - jak Wietnamczycy reagują gdy robi im się zdjęcia? Bo w każdym kraju, a raczej miejscu, inaczej to wygląda, czasem chętnie pozują, a czasem reagują wręcz agresywnie. Wtedy pozostaje albo z biodra strzelać, albo teleobiektyw.... Ja się nigdy nie mogę oprzeć fotografowaniu osób,ludzie są tak ciekawi i po prostu zbyt piękni aby ich nie uwiecznić. A paradoksalnie mnie samej jest zawsze bardzo mało na zdjęciach z moich podróży. Pozdrawiam i czekam na dalszy ciąg. Czuję niedosyt ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. moja droga, baaaardzo mi miło i aż nie wiem co napisać, poza dziękuję!
      Ja też się nie pcham do objektywu ;) Cała reszta jest o wiele ciekawsza! W Wietnamie nikt się nie burzył, a nawet były sytuacje, gdzie to Oni zachęcali do robienia zdjęć. Tutaj muszę przyznać, że ja jednak mam pewne opory i to Łuk częściej robi fotki twarzy. Ale oczywiście teleobjektyw jest optymalny. Ciąg dalszy się robi, moja wena twórcza jest bardzo humorzasta...

      Usuń
  8. wspaniała wyprawa .. piękne nietuzinkowe zdjęcia .. podziwiam Was .. serdeczne pozdrowienia :^)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci, fajnie powspominać i pooglądać zdjęcia. Ale żeby od razu nas podziwiać... nieee no :) Witam i pozdrawiam!

      Usuń
  9. Świetna relacja, super zdjęcia!
    Lekko i fajnie się czyta, i sporo się dowiedziałam :) Tamte rejony mnie już od dawna kuszą, i zawsze lubię czytać pamiętniki z podróży innych.
    Zaraz lecę czytać cześć III! Pozdrawiam cieplutko! Żanet

    OdpowiedzUsuń
  10. Super relacja! Kiedyś przeżyłam wyjazd podobnego typu - objazdówka na własną rękę po Maroku. Też najadłam się strachu ale za to jakie wspomnienia mi pozostały! Pozdrawiam gorąco i życzę Ci kolejnych udanych wypraw a co za tym idzie ciekawych relacji na blogu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Taka wyprawa może zmęczyć, ale chyba na dłużej zapada w pamięci. Pozdrawiam Cię!

      Usuń

Komentarze mile widziane! :)